...jesteś dla mnie wszystkim, czego potrzebuję i wszystkim, dla czego warto żyć...
...zakochałem się w tobie...
...gdybyś chciał wyrwać to uczucie, to tylko z sercem...
Pudełko wysunęło się z jego dłoni i upadło na podłogę, otwierając się. Zielone oczy
zaczęły się poruszać, przesuwając się z boku na bok, niczym w jakimś szalonym
tańcu, jakby czegoś poszukiwały. Czegoś, czego mogłyby się uchwycić,
czegokolwiek, by nie runąć w otchłań.
To...
To przecież...
To wszystko...
Nie może...
Nie tak...
To na pewno nie...
O boże...
O boże!
Cofnął się o krok i zachwiał, z trudem utrzymując się na trzęsących się nogach.
Otwarte usta próbowały nabrać tchu, ale wydawało się, że całe powietrze
wyparowało i jedyne, czego mógł nabrać do płuc, to przerażenie. Przerażenie, które
kąsało jego duszę od środka i pożerało ją.
Kłamstwo. Wszystko było tylko tym. Tylko kłamstwem. Okrutnym. Bezlitosnym.
Doskonałym. Wszystko. Wszystko, co znał, wszystko, do czego dążył. Każdy krok,
każda wygrana bitwa, każdy nowy gest... to wszystko nie istniało? Nic nie istniało?
Nic nie było prawdziwe?
Bum. Bum. Bum. Bum. Bum.
Czuł, jak jego serce krzyczy. Uciska. Boli. Szarpie się. Położył na nim dłoń, jakby
próbował je osłonić. Otulić. Uspokoić. Chociaż odrobinę. Powstrzymać przed
roztrzaskaniem się.
Cały świat się rozpadał, a on nie miał niczego, czego mógłby się złapać. Niczego.
Wszystko odpływało... każda chwila, w której myślał... w której sądził... każda chwila,
w której był szczęśliwy. Każdy szept, dotyk, spojrzenie... wszystko odpływało. Ból był
nie do zniesienia, kiedy w jego sercu umierały kolejne wspomnienia. Gasły jedno po
drugim, niczym obumierające gwiazdy, pozostawiając po sobie jedynie ciemność i
próżnię.
Powietrza... nie mógł oddychać. Musiał... wyjść stąd... natychmiast! Jak najszybciej!
Odwrócił się na uginających się nogach i... zamarł, całkowicie sparaliżowany, a
każdy mięsień w jego ciele napiął się.
Snape. To był Snape. Stał pod ścianą, przy wejściu do laboratorium, opierając dłoń
na znajdującym się obok regale. Przyglądał się Harry'emu. Był niezwykle blady, a
jego twarz wyglądała niczym woskowa maska. W czarnych, pozbawionych wyrazu
oczach odbijał się zielony płomień świecy. Przywodził na myśl wyłaniającego się z
mroku upiora.
Harry poczuł, jak zalewa go nieokiełznana fala nienawiści do tego... tego... kogoś...
Ponieważ to już nie był Snape. Teraz był to jedynie... ktoś obcy. Wróg. Kłamca.
Oszust. Morderca.
- Nie zbliżaj się do mnie, Śmierciożerco! - krzyknął łamiącym się głosem,
wyszarpując z kieszeni różdżkę i kierując ją w stronę ciemnego posągu. Chciał go
zranić, przekląć. Zniszczyć. Zdeptać. Zadać taki ból, jakiego jeszcze nigdy nie
zaznał. Zamienić cierpienie w klątwę i cisnąć nią w niego, a potem patrzeć jak zwija
się i krzyczy...
Jego dłoń drżała tak bardzo, że koniec różdżki kreślił w powietrzu nieregularne kręgi,
rozsypując czerwone iskry nienawiści. Czarne oczy przesunęły się nieco w dół,
spoglądając na różdżkę, a następnie ponownie przeniosły się na twarz Harry'ego.
- Jak mogłeś? Jak mogłeś mi to zrobić? Jak mogłeś tak mnie oszukać? Jak mogłeś
mnie tak podle wykorzystać? Jak mogłeś mnie nienawidzić? Przez cały ten czas! Jak
mogłeś?!
Snape milczał. Jego zaciśnięte w cienką linię usta były niemal białe.
Ból był coraz większy. Nie do zniesienia. Przeobraził się w ogarniętą szałem bestię,
rozrywał Harry'ego od środka, miażdżył wnętrzności, rozszarpywał mięśnie.
- Odpowiedz mi, ty zdrajco! Dlaczego, do cholery, milczysz? Dla ciebie to wszystko
było tylko grą! Żałosną rozgrywką! Nigdy nic dla ciebie nie znaczyłem! Nic!!! Przez
cały czas kłamałeś! Przez cały cholerny czas! - Głos Harry'ego załamał się. Przełknął
łzy, które niepostrzeżenie wpłynęły mu do ust.
Snape stał niczym wykuty z kamienia. Był jeszcze bledszy niż wcześniej.
Przypominał teraz ducha. Nie poruszał się. Po prostu patrzył.
- Wykorzystałeś mnie! Wykorzystałeś moje pragnienie dla swojego pragnienia!
Myślałem, że chociaż ty... że chociaż ty nie uważasz mnie za narzędzie! Że jako
jedyny nie próbujesz się mną posłużyć! A jesteś taki sam! Jesteś jeszcze gorszy!
Jesteś potworem! Żaden człowiek nie mógłby... nie mógłby... przez cały ten czas... o
boże! - Harry złapał różdżkę obiema dłońmi, aby ją utrzymać. Nie panował nad sobą.
Nie panował nad wypełniającą go odrazą, która sączyła się z końca jego różdżki w
postaci coraz gorętszych, coraz gwałtowniej syczących iskier.
- Jak mogłeś? Jak mogłeś pokazywać mu nasze chwile? Przecież to były nasze
wspomnienia! Jak mogłeś...?!
Snape zacisnął usta jeszcze bardziej, chociaż wydawało się to niemożliwe.
- No odpowiedz mi! Pochwal się, jakim byłem dla was pośmiewiskiem! Opowiedz, jak
śmialiście się z tego, jakim byłem zaślepionym kretynem! Opowiedz, jak świetnie się
bawiłeś, kiedy pokazywałeś mu nasze intymne chwile, ty chory popaprańcu!
Ale Snape nie odpowiedział. Nie odezwał się ani jednym słowem. Stał tam tylko... z
tym swoim wielkim nosem, tłustymi włosami, długimi, obleśnymi, żółtymi palcami,
szkaradną twarzą...
- Jak mogłem cokolwiek w tobie widzieć? Jesteś odrażający! Jesteś... jesteś... nikim!