7 Januarius 1194. Dogoniliśmy Księżyc. Wchodzimy w jego sferę Powietrza. Słońce już na dobre wyprzedziło Księżyc, sfery aetheru zapłonęły czerwono, biało i niebiesko. Żyjemy tu w kokonie czarnych jedwabiów, tylko za nimi bezpieczni. Księżycanie chodzą w ommatorach z węglowych kryształów, wyglądają jakby z oczodołów powyrastaty im kanciaste kamienie. Mówią, że to już koniec, że dzisiaj łub jutro wylądujemy. Zaczęliśmy zwijać żagle, czarna powierzchnia Księżyca pod nami, nagle to jest centrum wszechświata, nie Ziemia nad głowami, obrócił się kosmos, nie rozumiem tego, przecież nie może być dwóch środków. Ogon skorpiona bije jak oszalały, aetherowy pancerz wiruje w księżycowym aerze. Spadamy w ciemność.

<p>Ν</p><p>Światło naszej Pani</p>

Płonie, płonie, płonie wszystko, powietrze, woda, ziemia, ciało pana Berbełeka. Nawet gdy stoi w bezruchu pod czarnym niebem — zielona Ziemia pośrodku jednolicie mrocznego nieboskłonu jedynym źródłem światła, noc spowija Księżyc, długa, dwutygodniowa noc — nawet teraz pyr, związany tu z każdą cząstką materii ożywionej i nieożywionej, wżera się przez kirouffę, przez skórę, do kości i do serca pana Berbełeka. Każdy oddech szczypie gardło i kłuje płuca, każde przełknięcie śliny przepala krtań, każdy krok to nowy żar ziemi pod podeszwami stóp (Księżycanie chodzą boso), każdy ruch to ruch przez piekło.

Oczywiście nie widać płomieni, nie widać popiołu, kirouffa nie dymi, skóra pana Berbełeka zaledwie się zaczerwieniła, jak w chorobliwej opaleniźnie. Słońce jeszcze nie wyprzedziło Księżyca na tyle, by pokazać się na niebie ponad krawędzią Krateru Midasa — ale zagęszczenie arche pyru w atmosferze Księżyca nie zależy od pory dnia, pory miesiąca.

Pomimo bowiem iż kratista Illea spędziła tu ponad pół tysiąca lat, nadal nie zdołała przyciągnąć tego globu do postaci całkowicie zbieżnej z jej naturą — ludzką, ziemską, życiodajną, uporządkowaną. Substancja powstaje przecie z takiej Materii, jaka jest akurat dostępna. Księżyc Pani Błogosławieństw rodzi się z Ognia najwyższej sfery Ziemi, z czystej uranoizy oraz z żywiołów niższych, uwalnianych sukcesywnie z cefer aetherycznych, w jakich związane są one we wszystkich ciałach niebieskich. Te pola, te ogrody, sady, winnice, na które pan Berbelek teraz patrzy z grzbietu spielnika, wszystko to powstało i wyrosło z żywiołów samoistnie oczyszczonych z uranoizy w koronie Księżycowej Wiedźmy. Tak oto, w skali stuleci i tysiącleci, czarny, martwy Księżyc przepływa ku Formie raju, złotej krainy urodzaju i szczęścia, jakiej nie dane było Potnii stworzyć ongiś na Sadarze.

Tymczasem jednak jest to dla pana Berbeleka kraina cierpienia. Chodzi powoli i mówi tylko szeptem, powstrzymując się od głębszych oddechów.

Spielnik ciągnął się wzdłuż całego majątku Ombcosa, aż do wschodniego zbocza krateru. Podobne żyły uranoizy widoczne są z Ziemi jako jaśniejsze pręgi na twarzy Księżyca, miejsca mocniej odbijające światło.

Kilkadziesiąt lat temu wygładzono powierzchnię owego spielnika i teraz służył jako główna droga wewnętrzna majątku (owe księżycowe latyfundia zwano imopatrami). Prowadziła ona od samego gaju dynastosowego, na południowym zachodzie, do Karuzeli na północnym wschodzie: blizna purynicznego aetheru wystająca z ziemi Księżyca niczym obnażona jego kość, długi na setki stadionów biały piszczel.

Z grzbietu spielnika, z wysokości kilkudziesięciu pusów rozciągał się królewski widok na pola uprawne gryzu i sady, gdzie pracowali chłopi i niewolni Omixosa. Krater Midasa był też źródłem jednego z najpopularniejszych gatunków win księżycowych — nim to Żarnik częstował pana Berbeleka na pokładzie „Urkai”, winem midajskim.

W zielonym świetle Ziemi cała ta panorama sprawiała wrażenie zanurzonej w podmorskim cieniu, jakby Imopatra Midasa leżała w istocie na dnie okeanosu, którego wody uczyniono jakąś tajemną alkimiczną transmutacją zdatnymi do oddychania.

Перейти на страницу:

Похожие книги