— Zaszczycasz mnie swoją szczerością — mruknął; naprawdę wyglądał na skrępowanego, to nie była ironia. — Cóż ja ci mogę rzec, esthlos? Tylko raz widziałem Panią Illeę, z daleka, gdy odbierała hołd hyppyroi. Nie jestem mędrcem. Ale. Ale tak. Dlaczego nazywają ją Okrutną? Pomyśl. Posłała na dół, między największych wrogów i w paszczę największego niebezpieczeństwa, swoją jedyną córkę.
Pan Berbelek skinął głową.
Już do końca rozmowy jej forma utrzymała się po stronie melancholii. Powstawszy do wyjścia, patrząc, jak hegemon „Urkai” otwiera przed nim drzwi i dziękuje krótkim ukłonem za morfę jasnej szczerości, pan Berbelek pojął, że w istocie wygrał i podporządkował sobie hyppyresa, chociaż wcale tak tego nie planował; że to też jest metoda i również takimi ścieżkami wstępuje się na trony.
Mimo bólu uścisnął mocno nadgarstek Omucosa.
— Lakatoia miała rację — rzekł Żarnik. — Dobrze wybrała, esthlos. Kogoś takiego przecież właśnie potrzebujemy.
— Kogo?
— Kratistobójcy.
5
Mieli rację ci, co szeptali. Przez gorące powietrze wypełniające wnętrze łodzi dźwięki biegły setki pusów po sekretnych aetherowych orbitach, spływając — niczym górskie strumyki — do ciemnych zakamarków i otwartych skrzyżowań gesowego szkieletu „Urkai”. Kto znał miejsca przecięcia niewidocznych orbit, mógł podsłuchać wszystkich. Tak też podsłuchana została Marianna Heltytka, gdy próbowała przekupić swymi wdziękami jednego z Cyganów, by sporządził aerową truciznę; Cygan spytał, dla kogo to, ona nie odpowiedziała, ale przecież wszyscy dobrze wiedzieli. Podsłuchała to jedna z nawigatorek „Urkai”. Opowiedziała hegemonowi. Nie było przesłuchania, procesu, pytań o winę i próśb o przyznanie się. Omixos kazał wyrzucić Mariannę za burtę.
Związali jej ręce za plecami, wokół lewej kostki zakuli puryniczny łańcuch. Księżycowi doulosi zawlekli ją na rufę łodzi, przymocowali łańcuch do ogona skorpiona i wypchnęli dziewczynę w pustkę. Wszystko to było doskonale widać przez jasne ściany „Podgwiezdnej”; Księżycanie nie patrzyli, lecz pasażerowie zebrali się na rufie. Arianna szlochała bezgłośnie, trąc czołem o gorącą uranoizę. Pan Berbelek stał za nią, ściskając jej ramię. Córka kapłanki kręciła się na długim łańcuchu wokół rozedrganego tysiącem wiecznomakin ogona „Urkai”. Zapewne krzyczała, sądząc po otwartych szeroko ustach, lecz niczego nie słyszeli we wnętrzu łodzi. Przez pierwszą godzinę miotała się tak na uwięzi, próbując się uwolnić z łańcucha tudzież przyciągnąć do ogona; bezskutecznie. Potem zaczęło się na niej tlić ubranie, odpadać co większymi płatami. Spopieliły się powoli także włosy. Kaszlała i drapała się po gardle, mało aeru, zbyt wiele pyru, płuca tego nie wytrzymywały. W trzeciej godzinie zahaczyła biodrem o epicykl jakiegoś większego skrzepu uranoizy i aether wbił się jej w ciało, rozpruwając skórę i mięśnie i miażdżąc kości. Ogień natychmiast wypalił ranę. W czwartej godzinie straciła przytomność. W szóstej ponownie się ocknęła; płonęła już wówczas jej skóra, aether wżerał się w krwawiące ciało, z twarzy pozostała brunatna maska czaszki i naczyń krwionośnych. W siódmej godzinie zza Księżyca wyszło Słońce.