Aurelia Krzos, biegnąc po szczycie spielnika, wyprzedziła Hieronima o dobry stadion; teraz zawróciła. Bratanica Omixosa Żarnika również była urodzonym hyppyresem, twardą muskulaturę jej bezwłosego ciała można by użyć jako wzór dla posągu Artemidy Polującej. Hyppyres z im większą energią się porusza, im większy impet posiada dana część jego ciała, tym więcej pyru wytrąca się na powierzchni ciemnej skóry. Biegnąca truchtem Aurelia z każdym szarpnięciem nóg i ramion wypalała w powietrzu ogniste smugi, których powidok kaleczył źrenice Hieronima; wokół przedramion, a nimi wymachiwała najsilniej, wybuchały na ułamki sekund grzywy białych płomieni. Nawet gdy zatrzymała się po biegu, lekko zadyszana, drobne ogniki tańczyły na jej piersiach, ramionach, czaszce.

— To już niedaleko, za palmami.

Nie miał ochoty tłumaczyć jej, że owe skorupopienne drzewa o gorejących czerwono liściach dzielą z morfą palmy jedynie właśnie nazwę.

Za pyrowymi palmami od spielnika odrywała się niska odnoga perłowego aetheru, pół stadionu dalej zabudowana kratownicowymi konstrukcjami, wieżami i dźwigarami, wokół których krzątało się dwa tuziny ludzi, drugie tyle doulosów. Obracały się tam na krzywych osiach uranoizowe wiecznomakiny — niezmordowany napęd kołowrotów, spuszczających w dół, w jasno oświetlone szyby, sploty grubych powrozów i czarne łańcuchy. W takich właśnie głębokich kopalniach księżycowych wydobywano czysty pempton stoikheion, nie zmieszany z arche niższych żywiołów; następnie brali go w swe ręce kowale aetheryczni, demiurgosi uranoizy, i skrzywiali jego epicykle, zmieniając jego ruch z ruchu po okręgu wokół Ziemi, jak porusza się w swej aetherycznej naturze reszta Księżyca, na ruch po nowej orbicie: małej jak obwód palca — dla jubilera na wirpierścionek — albo o średnicy stadionu — na Karuzelę — albo gdzieś pomiędzy, do jakiegoś przemysłowego perpetuum mobile. Kiedyś Midasowa kopalnia uranoizy przynosiła większe dochody i była eksploatowana intensywniej; teraz otwierano ją i zamykano w zależności od fluktuacji cen na księżycowym rynku aetheru.

Aurelia zbiegła na plac przy głównej wieży nad środkowym szybem. Już czekało na nią kilka osób, skłonili głowy, doulos padł na kolana. Zanim pan Berbelek do nich dotarł — schodząc po spielniku równym, spokojnym krokiem, który maskując cierpienie ciała, narzucał zarazem formę pewnego dostojeństwa — zdążyli zdać Aurelii raport z incydentu i wskazać kierunek; pobiegła, machając na Hieronima. Pan Berbelek przystanął na moment w cieniu wieży, w hurgocie kanciastej wiecznomakiny. Ponownie skłonili głowy. Obrzucił ich obojętnym spojrzeniem. Padli na kolana, wolni i niewolni pospołu. Minął ich w milczeniu. Od jakiegoś już czasu nie krył twarzy pod kapturem, wracały doń odruchy przeciwne, anonimowość należy do form ludzi słabych.

Zagnane w zaułek pod hałdą zmielonego urobku, monstrum miotało się bezsilnie na wszystkie strony. Pan Berbelek zamrugał, skupił wzrok. W rzeczywistości anaires się nie przemieszczał, on po prostu sam składał się z ruchu, aether był jego ciałem, wysokoenergetyczna uranoiza rozpędzona w milionie nieskładnych epicykli. Wszystko w nim wirowało, obracało się wokół siebie, ciało wokół ciała, jeśli można w ogóle mówić tu o ciele, bo gdzie ręce, gdzie nogi, gdzie głowa, gdzie tułów, nie ma, nie ma, wiecznoruch zamazuje Kontury, gdzie skóra, gdzie mięśnie, gdzie krew — ale przeocz to wszystko gna, iskrzy w skrzyżowaniach orbit, trze o ziemię i młóci powietrze, nie członki, lecz wiązki epicykli, nie korpus, lecz oś osi, nie oczy i uszy, lecz wielkie okręgi szybkiego aetheru, przecinające przestrzeń dokoła potwora, jak czułki owada: co dotknie, co zakłóci ruch, o tym biegnie informacja do organizmu. Taki jest jedyny zmysł anairesa, ta chmura aetherycznych drobin rozpylona na kilkanaście pusów wokół kreatury.

Ledwo Aurelia Krzos w nią wstąpiła, potwór szarpnął się jeszcze głębiej w zaułek, rozbijając swoje organy/orbity o zbiegające się tam zbocza hałdy. Najeżył się przy tym w chrobotliwym trzasku i grzechocie lśniącymi epicyklami uranoicznych ostrzy, kolców, zadziorów — a wszystkie one gnające coraz szybciej i szybciej, paniczne tornado aetherycznego śmiecia; jakże musiał być przerażony!

Aurelia obejrzała się przez ramię na pana Berbeleka. Wyszczerzyła zęby, podekscytowana. Na plecach, wzdłuż kręgosłupa, i wokół długich mięśni jej ramion rozwijały się błękitne i czerwone języki ognia.

— Esthlos! Patrz!

Перейти на страницу:

Похожие книги