Opuściliśmy właśnie sferę aeru, łódź weszła w domenę pyru i aetberu. „Urkaja” ma dwa brzuchy: wewnętrzny, gesowy, w którym mieszkamy, i zewnętrzny, aetherowy, który obraca się dookoła wewnętrznego i przez który widzimy oddalającą się powierzchnię Ziemi, już jasną, gdyż Słońce pojawiło się nad naszymi głowami — podobnie zresztą jak Księżyc, a jego to właśnie będziemy musieli dogonić. Trzy godziny temu zaczęliśmy rozwijać główne skrzydła i nadal je rozwijamy.
Robi się coraz goręcej. Wszyscy zrzucają odzienie. Księżycanie chodzą nago, ich skóra w dotyku zdaje się chorobliwie rozpalono — jak skóra Szulimy. Posługują się dziwnym greckim dialektem; zrozumiałym, lecz drażniącym ucho. Mieszkają w kabinach w aetherowym łbie „Urkai”. Widziałem zaledwie kilku, lecz załoga liczy co najmniej trzy tuziny. To jest ogromna łódź. Przeszedłem po najniższej kratownicy jej wewnętrznego brzucha, licząc kroki: dwieście czternaście.
Po wieczerzy — gdy Słońce przegoniło Księżyc, wyłaniając się zza niego ognistym łukiem — przyszła czarnowłosa Księżycanka w aetherowej biżuterii i powiedziała, że kapitan chce się ze mną widzieć, przyjmie mnie, gdy wybije północ. Zdawało mi się, że północ wybiła krótko przed naszym odlotem z Oronei, ale oni tu mają inne północe i inne południa, inni Cyganie projektowali zegary Księżyca.
Sofistes Dont szepcze mi, żebym przypadkiem nie rozgniewał kapitana (większość pasażerów szepcze, choć nikt nie podsłuchuje); że w ich żyłach płynie Ogień, niewiele trzeba, by rozpalić furię Księżycan; żebym się pokornie przywitał i nic więcej nie mówił. Dureń. Wdziałem kirouffę z białego jedwabiu, sztylet o mantikorowym ostrzu kryje się w rękawie bez śladu. Myślę: furia. Furia. Furia!
— Oronejczycy mówią, że przysyła cię Lakatoia.
— Kto?
— Panna Wieczorna. Córka. Szulima.
Ombcos Żarnik, hegemon „Urkai”, gościł pana Berbeleka na śniadaniu północnym w swej prywatnej kabinie na dziobie, to jest we łbie łodzi. Wszystkie cztery niskie żywioły dążą zawsze ku centrum wszechświata, centrum Ziemi, i jakkolwiek pasażerowie i załoganci przemieszczali się po łodzi, Ziemię — czarną lub zieloną — mieli nieodmiennie pod stopami, pod przezroczystą skorupą z pempton stoikheion. Aetherowe kabiny dziobowe, cała głowa skorpiona pozostawała natomiast nieruchoma, co zdawało się przeczyć samej naturze uranoizy. Ombcos wyjaśnił ów sekret gwiezdnej mekaniki panu Berbelekowi niepytany, widząc badawcze spojrzenia gościa i ostrożność, z jaką stąpa po przezroczystej podłodze. Sztuka aetherowej alkimii polega właśnie na tym: na kiełznaniu wiecznego ruchu okrężnego arche uranoizy. Nie można tego ruchu zatrzymać, można wszakże zmieniać jego orbitę i kierunek — i takim właśnie misternym mekanizmem składającym miliony kołowych ruchów ciał aetherycznych jest „Podgwiezdna”. Ruch samego łba łodzi jest natomiast Provegowym „ruchem ukrytym”: niewidocznym z wewnątrz, widocznym jedynie w zewnętrznym porównaniu; możliwym dzięki zamocowaniu łba na nieruchomej osi „Urkai”. Pan Berbelek próbował sobie to wszystko bardzo dokładnie wyobrazić podług słów hegemona i po chwili poczuł, jak dopiero co przełknięta potrawa podchodzi mu z powrotem do gardła.