Inna rzecz, że Jeźdźcy Ognia w pełnych zbrojach niewiele się różnili od anairesów. Ombcos nie musiał prosić pana Berbeleka, by ten się odsunął — odkąd założyli swe rynsztunki, Hieronim starał się trzymać przynajmniej na dwa kroki od najbliższego rytera. A wdziali je byli zaraz po przekroczeniu Mostu Apatii, jeszcze z Ziemią nad głowami i w koronie Pani. Na rozkaz Ombcosa trzy karoce zjechały na pobocze drogi (od dłuższego czasu i tak nie widzieli już na niej innych podróżnych), woźnice otrzymali pół godziny na zajęcie się apoxami, a pan Berbelek — na rozprostowanie nóg; hyppyroi natomiast zbroili się. Odwrócone Więzienie leżało daleko po Drugiej Stronie, będą musieli opuścić anthos Illei i przejechać przez ziemie anairesów, zagłębić się w dziki Księżyc.
Zbroje Jeźdźców Ognia wykonane były z purynicznego aetheru. Po większej części pozostawały prawie niewidoczne w zielonym półmroku księżycowej nocy; w blasku Słońca zdradzały swój kształt seriami błysków, oślepiających refleksów, falami srebrnego lśnienia. Nawet wówczas zdawały się bardziej ażurową, lekką jak płatek śniegu, senną konstrukcją, tworem raczej demiurgosa-jubilera niż snycera, cudem biżuterii zbyt delikatnej, by była w ogóle możliwa na jawie. Wrażenie wprowadzało wszakże w błąd.
Wykonano je z aetheru, co oznaczało wieczny ruch po kolistych orbitach — i to właśnie ryterzy wdziali na siebie z wyćwiczoną precyzją: epicykle morderczych perpetua mobilia. Sprzęgi przemyślnie zaprojektowanych wiecznomakin otaczały torsy hyppyroi, rozpędzone obręcze uranoizy schodziły wężowymi spiralami wzdłuż ich ramion i ud. Wokół barków i miednic, wokół łokci i kolan, wokół kostek nóg i nadgarstków, wokół szyi — obracały się małe i wielkie koła zamachowe ciężkiego aetheru, skomponowanego w kunsztownych konfiguracjach, na osiach pochyłych i przesuwających się w zależności od położenia i ruchu rytera. Wszystko to działać musiało w wielkiej synchronii, aby aether nie wybijał sam siebie z przecinających się orbit — i tak działało: arcydzieło wojennego zegarmistrzostwa.
Kiedy Jeździec Ognia stał nieruchomo, zbroja ledwie wirowała — okółpierśnik co uderzenie serca, okółramienniki co pół, okółhełm co jedna czwarta, okółgolenniki co jedna dwunasta (w pitagorejskiej harmonii). Wszakże gdy hyppyres się poruszał, gdy biegł, gdy uderzał, gdy szedł w bój — wiecznomakiny przyśpieszały, raz, dwa, cztery, osiem, szesnaście, sto dwadzieścia osiem, tysiąc dwadzieścia cztery razy. Przyśpieszały i zwielokrotniały swe epicykle, rozdymając orbity do granic możliwości, to znaczy aż do powierzchni gruntu lub do samego ciała rytera. Uranoizowe koła barkowe nagle rozrastały się do średnicy dziesięciu pusów, pęczniały w wiry czarnego lodu, przezroczystego cienia: aether utuczony brudnym ge.
Zbroja reagowała na najmniejszą zmianę morfy hyppyresa. Wystarczyło, że cofnął ramię do ciosu — już okółramienniki i barkowe perpetua mobilia rozpędzały się i pęczniały, w ułamku sekundy asymetryczny wir pociągał rytera ze sobą, zatrzaskiwały się niewidoczne przekładnie i delikatne mekanizmy, i cios spadał ognistą smugą podniesiony tysiąckroć w swej mocy, wyładowanie całego dodanego przez zbroję impetu. Gdrumm! Tak miażdżyli kamienie, kruszyli powierzchnię spielników i tak rozrywali strzępy anairesy.
Było ośmioro ryterów w dowodzonej przez Ombcosa świcie pana Berbeleka. Czworgu z nich Żarnik polecił biec obok, przed i za karocami; biegli w niezmordowanym rytmie perpetua mobilia, ich obręcze miednicze i kolanne grube i czarne od kumulującego pęd balastu ge. Pozostała czwórka jechała w powozach, z keraunetami w garści, wypatrując anairesów.
Nie uchroniło ich to przed zasadzką uśpionego potwora. Byli już na Drugiej Stronie, sto stadionów od Strażnicy Cienia. Ziemia zniknęła z nieboskłonu, nad horyzont nadal jednak wystawał rąbek tarczy słonecznej i skalista powierzchnia Księżyca zaszyfrowała się w labiryntach głębokich i płytkich cieni. Nie istniała tu już droga jako taka, pędzili wzdłuż linii czarnych posągów — one rzucały cienie najdłuższe. Pan Berbelek jechał w karocy środkowej. Gdy pierwsza wtem zakręciła i wywróciła się na bok, woźnica drugiej szarpnął w prawo i pognał po szerokim łuku, byle dalej od miejsca zdarzenia; karoca trzecia odbiła w lewo. Pan Berbelek stał, trzymając się oparcia i rzeźbionej w rajskie ptaki podstawy parasola. Zdołał jeszcze zobaczyć rozbiegających się momentalnie po spirali hyppyroi i tego rytera z wywróconego powozu, jak w strasznym wirze swej zbroi, objęty czerwonym płomieniem Gniewu, spada na drugi wir, jeszcze większy. Aether starł się z aetherem. Po równinie pyru przetoczył się odgłos suchego pioruna, jakby Dzeus strzelił z rukaty. Ombcos Żarnik, który jechał w karecie razem z Hieronimem, krzyknął na woźnicę, by zawracał. Dokończyli okrążenie. Ombcos zeskoczył z rozpędzonej karety z keraunetem w dłoni.