— Musiałbym cię natychmiast zabić. I każdego innego, kto podobnie może nas zarazić ich Formą. Czyżbyś nie wiedział, strategosie? Po czym poznać przesunięcia granic aur kratistosów? Że stopniowo zaczynasz lepiej rozumieć racje, obyczaje i ideały zwycięzcy, że to jego władza i on sam wydaje ci się bardziej — bardziej naturalny. Dlaczego Pani musiała uciec z Ziemi, dlaczego zjednoczyli się przeciwko niej? Była Matką wszystkich ludzi.

— Może więc pośrednio. Jak to się robi z dzikusami. Hoduje się mieszańców, tłumaczy o morfie rozciągniętej Pomiędzy.

— I chcesz to robić? Naprawdę tego chcesz, esthlos? Pan Berbelek nie odpowiedział, bo właśnie przypomniał sobie los zbója Hamisa. Nie wiedzieli tego, gdy posyłali Hamisa w głąb Skoliodoi (Hieronim nie wiedział — Szulima wiedziała doskonale), ale to był właśnie ich herold, ich Papugiec do rozmów z adynatosami. I poszedł był pod arretesową Formę, i wrócił, i opowiedział — co zrozumieli?

Zbyt wiele było jeszcze w Hamisie antropomorfy, by sam naprawdę pojął, co zobaczył; i zbyt wiele w nim już było morfy arretesowej, by potrafił wypowiedzieć to, co pojąć zdołał.

— Wojna wszakże jest wojna — mruknął pan Berbelek. — Nie wylądowali w Rzymie, w środku Europy, na Rynku Świata w Alexandrii, nie wylądowali nawet u was na Księżycu. Wybierają najbardziej odludne ziemie.

— Więc co to ma oznaczać? Że nie chcą nam szkodzić, czy że szykują się właśnie do skrytego ataku? — żachnął się ryter. — Na Szeol, panie Hieronimie, przecież wojną jest sama ich tu obecność!

W jaki sposób kratistosi spotykają się i negocjują? Nie spotykają się.

Jeśli nagle Czarnoksiężnik decyduje się wybrać w odwiedziny do swego sąsiada Światowida, to — jakiekolwiek by nie były jego cele, chociażby szedł sam jeden, bez wojska i śląc przed sobą tuziny heroldów pokoju — to jest to wojna, starcie Formy z Formą.

Pomiędzy obcym i obcym — może być tylko gwałt.

Porozumienie — jedynie pomiędzy istotami tej samej Formy.

Porozumienie — to znaczy zwycięstwo Formy silniejszego, którą przyjąwszy, słabszy zrozumie teraz jasno i wyraźnie, dlaczego nie miał racji.

— Skąd oni właściwie przylecieli?

Omixos nie mógł w zbroi klasnąć dłonią o udo, tylko więc prychnął czarnym dymem.

— Spoza sfery gwiazd stałych. A czy za nią jest w ogóle jakieś „gdzie” i „skąd”? To już pusta zabawa sofistesów.

— Ale po co, po co tu przybyli?

— Och, dajże spokój, esthlos, może sam go spytasz, co? Na pewno wyjaśni ci w prostych słowach, a ty nam wtedy powtórzysz.

Pan Berbelek uniósł brew.

— Wybacz — mruknął ryter.

Aetheryczne karety pędziły rozmigotaną karawaną wzdłuż linii cieni czarnych posągów. Uprzednio każdy wóz poprzedzały cztery apoxy, teraz podzielono pozostałą ósemkę koni następująco: dwa, trzy, trzy. Posągi przedstawiały rozmaite historyczne i legendarne postaci z przeszłości i mitologii Księżyca. (Oprócz Alei Bohaterów, Drugą Stronę przecinała także Aleja Bogów, wiodąca do mauzoleum Hierokrisa Pięknego, oraz Aleja Daimonów). Posągi migały jednak obok pana Berbeleka zbyt szybko, by zdążył się im przyjrzeć i rozróżnić wyrzeźbione postaci. Zresztą srebrny blask uranoizowych makin lekko oślepiał Hieronima i cała ta rozkołysana panorama ciemnego Księżyca — zwłaszcza że ostatecznie opuścili strefę słonecznego światła — zlewała mu się w jeden chropowaty cień: krater, spielnik, krater, czarna pustynia, krater, pyrowisko, krater. To już była kraina takiego zagęszczenia pyru, a raczej takiej jego przewagi nad aerem, że gdyby nie alkimiczne perpetua mobilia karet, mielące niezmordowanie ognistą atmosferę i wwachlowujące w twarze pasażerów puryniczne Powietrze, dawno leżeliby na kratownicach powozów zwinięci w męczeńskich pozach, zaduszeni, z przepalonymi gardłami i płucami, z krwią na ustach i w nozdrzach. Może nie hyppyroi, ale Pan Berbelek na pewno. Kondensacja arche Ognia powodowała spontaniczne ulewy płomieni, spadające po liniach orbit nadksiężycowej uranoizy. Astrometria tych niewidocznych epicykli wypalała na powierzchni Księżyca płaskie, szklane pyrowiska, stawiała też gigantyczne pioruny pyrowników. Co kilka i kilkadziesiąt tysięcy lat, gdy astrologiczna mekanika nieba doprowadza do kolizji, rozsprzężeń i nałożeń epicykli uranoizy, naniesiony jej obrotami pyr samozapala się w naprawdę potężnych eksplozjach — stąd owa obfitość kraterów na powierzchni Księżyca i planet niekiedy tak wielkich, jak ten, którego dnem właśnie jechali, godzina i godzina; cóż to musiał być za ogień…! Astrologowie, bogaci zapaleńcy pokroju Antidektesa, nieprzerwanie obserwują niebo, skrzętnie notując kolejne rozbłyski między gwiazdami. Z ich pitagorejskiej harmonii wydedukować można zasady budowy Kosmicznego Zegara, a niektórzy twierdzą, że również — przewidzieć przyszłe obroty Zegara Ziemi, a nawet — ujrzeć Cel, to znaczy Boga.

Oczywiście teraz, po wtargnięciu adynatosowej aury w sfery ziemskie, zegar się zepsuł, matematyka niebios przestała rezonować miłymi dla ludzkiego ucha dźwiękami.

Перейти на страницу:

Похожие книги