Popijając lodową qahwę, sofistes szacował dzisiejsze kształty cieni, nachylenie skał i położenie obłoków żółtego dymu. Czasami poruszenia adynatosa były dostrzegalne jedynie przez porównanie wskazań zegarów rozmieszczonych dokoła krateru oraz z analizy subtelnych zmian nachylenia orbity Tortury. Czasami nie były dostrzegalne w ogóle. Stanowiło źródło perwersyjnej satysfakcji Akera, iż kilkakrotnie udało mu się przewidzieć zachowania adynatosa wbrew wskazaniom statystycznych tabel obserwacyjnych. Za każdym kolejnym razem inni sofistesi oraz hyppyroi patrzyli na Numizmatyka z większą podejrzliwością. Rechotał w duchu, wychwytując te ich ukradkowe spojrzenia — kto spostrzeże pierwszą kakomorfię u zrzędliwego starucha? Nie zdziwiłby się, gdyby przyjmowali między sobą zakłady. Ludzie starzy najbardziej są podatni na zewnętrzne deformacje — słaba Forma, słabe ciało, nawet już najlepszy teknites somy tu nie pomoże, wszystko się rozpada, gnije, degeneruje: mięśnie, zęby, włosy, pamięć, osobowość. Numizmatyk patrzył na Więzienie ponad krawędzią zimnej czary. Nie będzie to może najlepszy koniec, ale przynajmniej starości koniec niebanalny. W bibliotece Labiryntu czytał o dzikusach na Ziemi, którzy wynoszą niedołężnych starców na pustkowia, gdzie pozostawiają ich na pastwę ptasich i psich padlinożerców. O ile wcześniej starcy nie pójdą tam z własnej woli.

Wrócił do wieży, zanim zaczęło go palić gardło. Goście już weszli. Zastał Chiratię w pół ukłonu przed wysokim Ziemianinem w białej szacie, ciemnowłosym aristokratą o drapieżnym spojrzeniu, który właśnie przytykał sobie do nosa rurkę z jakąś białą substancją. Ziemianin nawet nie zwrócił uwagi na Chiratię. Towarzyszący mu Jeźdźcy Ognia rozchodzili się po wieży, zawsze oglądając się na niego w drzwiach; też nie zwracał uwagi. Pozostał jeden, w szybkim okółhełmie hegemona.

Skinął na Akera.

Oddawszy czarę doulosowi, sofistes podszedł doń, przesadnie powłócząc nogami.

— Esthlos Hieronim Berbelek, z życzenia Pani — rzekł hyppyres. Nie wskazał w żaden sposób Ziemianina, ale Forma była oczywista.

— Drugi? — spytał Aker i obrzucił Berbeleka taksującym spojrzeniem.

Ziemianin pochwycił je i uśmiechnął się krzywo.

— Może jednak najpierw to załatwmy, a uprzejmości wymienimy, jak wrócę. Tędy?

Numizmatyk wciągnął powietrze przez zęby.

— To nie jest dobry czas. On wydaje się dziś dość niespokojny…

Berbelek przeczekał milczenie sofistesa.

— Nie słyszysz? — dodał po chwili Aker, gdy przeciągły jęk na nowo przepłynął przez wnętrze wieży. Zbroje hegemona i Chiratii zaśpiewały w rezonansie.

— To jest dobry czas — rzekł Berbelek.

Zaskoczył Numizmatyka, pochylając się nad nim i ściskając go delikatnie za ramię.

— Nie bój się — szepnął mu do ucha. — Nic mu nie zrobię.

I wyszedł na taras.

Hyppyroi podążyli za nim, hegemon pierwszy. Aker zawahał się w pół kroku, skręcił do bocznego korytarza, otworzył metalowy regał i wyjął zeń aetheryczny aeromat, rozwibrowaną makiną pod pachą wyczłapał bocznym wyjściem pod cień podniesionego pomostu.

Stali przy schodach. Chiratia na skinięcie Ziemianina pospieszyła uruchomić ciężki mechanizm wielokrążkowy, spuścić na tryby wewnętrzne perpetua mobilia. Berbelek i hegemon spoglądali w milczeniu ponad osmalonymi blankami do wnętrza Więzienia, do wnętrza srebrnego kręgu Tortury. Berbelek zaczynał kaszleć.

Aker podał mu aeromat. Ziemianin obrócił go kilkakroć w dłoniach. Numizmatyk już otwierał usta, gdy Berbelek szybkim ruchem naciągnął kaptur na głowę i zaciągnął rzemienie. Uranoizowe wiry zaczęły mu nawiewać gorące Powietrze prosto w twarz.

Pomost grzechotał i zgrzytał, opuszczany. Berbelek zawinął ściślej swą długą, powłóczystą szatę i wszedł po ośmiu schodach między grube łańcuchy. Pomost zbliżał się już do poziomu. Aker przypomniał sobie o zewnętrznych aeromatach wieży i cofnął się na moment do sieni, by otworzyć dysze nawiewu na taras. Gdy wrócił, pomost był do reszty opuszczony (ustał grzechot i zgrzyt), a Berbelek szybkim krokiem maszerował po stromej pochylni w głąb krateru. Przeszedł ponad szumiącą lekko Torturą, przeszedł ponad Pierwszym Zegarem i przeskoczył na żużlowy kopiec na zboczu krateru; białe poły rozwinęły się za nim, wylądował w przyklęku, na materiale pozostały długie smugi czerni. Nie obejrzał się, zbiegał szybko w dół stoku. Hyppyres ponownie uruchomiła ciężkie makiny, pomost począł się podnosić.

Stali przy blankach, Aker, hegemon i Chiratia, zapatrzeni w jeden punkt. Biała postać dotarła do dna kaldery i skręciła ku ciemnej chmurze kurzu i dymu, kłębiącej się na południowy zachód od środka niecki.

— Skąd ta burza pyłowa? — spytał hegemon. — Chciałbym go nareszcie zobaczyć.

— Ależ widzisz, widzisz — zarechotał Numizmatyk.

— Widzę tylko kłąb śmiecia na wietrze.

— Bo nie obejmuje nas arretesowa aura. Patrz na esthlosa.

Перейти на страницу:

Похожие книги