Ziemianin znajdował się zaledwie kilkadziesiąt pusów od granicy kurzawy. Należałoby się spodziewać, że wicher wpierw zmierzwi jego szatę, lecz z nią zaczęło się dziać co innego: utraciła jednolitą barwę, smugi czerni rozlały się w plamy wszelkich odcieni szarości, potem utraciła kształt, rękawy, poły, odrzucony na plecy kaptur, z każdym kolejnym krokiem Berbeleka nakładało się to na siebie, mieszało, rozrywało, wir pstrokatych szmat, na koniec nawet utraciło fakturę tkaniny i Ziemianin szedł odziany w taki sam kłąb pyłu-nie-pyłu, woal wszechbarwnego dymu, jak ten, ku któremu zmierzał, a w istocie był już na jego granicy, już go dotykał, ręka, głowa, pięta — wszedł, zniknął.
Hegemon westchnął głośno.
— Po nim.
Aker przekrzywił głowę.
— Cienie dobrze się wokół niego układały, poczekajmy. Hegemon prychnął czerwonymi iskrami.
— Wierzysz w takie rzeczy? Może jeszcze wróżysz z odbicia anthosu w wodzie i wietrze? Sofistes!
Numizmatyk przytknął artretyczny palec do warg.
— Plutarch opowiada, jak to filozof Anaxagoras próbował wydobyć swego przyjaciela, hegemona Peryklesa z wiary w zabobony. Otóż przyprowadzono do Peryklesa barana urodzonego z jednym tylko rogiem. Obecny w obozie jasnowidz Lampon szybko odczytał ten cudowny znak i przepowiedział Peryklesowi zwycięstwo i najwyższą władzę. Zirytowany Anaxagoras rozkazał rozłupać czaszkę jednorogiego barana. Następnie objaśnił wszystkim zgromadzonym, w jaki sposób anomalia taka zrodziła się z naturalnych, anatomicznych przyczyn. Miał oczywiście rację i zgodzono się co do jego wyjaśnienia, a jasnowidz Lampon odszedł w niesławie.
Aker mówił bardzo powoli, przeciągając chrapliwie słowa i co jakiś czas spluwając przez blanki, co tylko wzmagało niecierpliwość ognistego rytera, aether jego zbroi przeskoczył na odrobinę wyższe epicykle. No i?
— I wkrótce potem Perykles został najwyższym władcą — rzekł Numizmatyk.
— Nigdy nie wiem, kiedy zmyślasz — mruknęła Chiratia. Nowy jęk podniósł się z dna kaldery, hyppyresowe zbroje odpowiedziały swoją muzyką.
Hegemon wykonał gest oduroczny.
— Bez przerwy tak wyje?
— Mhm. Nie sądzę, żeby to był jego głos.
— Co?
— Oczywiście inni sofistesi się ze mną nie zgadzają. Ale ja myślę, że dźwięk nie należy w ogóle do jego morfy. Podobnie jak nie należy do niej płeć — więc tak naprawdę nie mamy prawa mówić „on”, ani „ona” — nie należy mowa, nie należą ręce, głowa, krew, skóra, zapewne w ogóle ciało, cielesność to cecha ziemskiej morfy. Nie mam też pewności, czy w morfie adynatosów mieści się śmierć. A więc oczywiście i życie, tak. Nie wiem, czy można w ich aurze mówić, że ktoś żyje albo nie żyje. Na pewno nie potrzebuje żadnego pożywienia i niczego nie wydala. Nie wiem też, czy można w ogóle mówić o jedności i mnogości: że jest jeden lub że jest ich wielu. Ani to, ani to. Czas, przestrzeń — że jest tu i tu, że jest wtedy i wtedy — to też kategorie człowieka, ziemskich sfer. Im dłużej go badam, tym głębiej się cofam w niepewność. Tak trzeba się pozbywać oczywistości człowieczej Formy, jeśli chce się dotrzeć do prawdy. Na przykład pięć żywiołów — Ziemia, Woda, Powietrze, Ogień, aether — one stanowią podstawę Materii w sferach ziemskich, ale poza sferą gwiazd stałych, tam świat może być zbudowany z czegoś zupełnie innego. Część z tych skazańców posyłaliśmy tu na dół właśnie po to, żeby spróbowali nam przynieść próbkę oryginalnej Materii adynatosa.
— Przynieśli?
— Być może najwięcej nauczylibyśmy się z obserwacji stanów przejściowych, tego frontu zderzenia Form, jaki musi rozkładać keros do samych kości, tam, na Ziemi, na granicy ich przyczółków, gdzie to ziemskie Substancje skręcają ku arretesowym Formom, nie na odwrót. Gdy zmysły postrzegają coś więcej niż kompletny chaos.
— Kiedy podchodziliśmy za Marsem do ich floty —
— Floty, powiadasz. I już na pewno dobrze pamiętasz, że widziałeś flotę.
— Noo…
Numizmatyk wskazał palcem dno krateru.
— Powiedz, co widzisz.
— Adynatosa.
— Nie. Powiedz, co widzisz.
— Chmurę kurzu.
— Czy to jest kurz? Czy to jest chmura? Powiedz, co widzisz.
— Coś, co wygląda jak chmura kurzu.
— Myślisz: chmura kurzu jest podobna. Ale wcześniej, cofnij się przed tę myśl — powiedz, co widzisz.
— Nie wiem!
— Jak możesz nie wiedzieć, co widzisz? Oślepłeś?
— Nie potrafię nazwać!
— Dlaczego?
— Wiem, o co ci chodzi. Nigdy wcześniej nie widziałem, więc mogę tylko porównywać. Co mi się kojarzy. Chmura kurzu.
— Ależ potrafisz nazwać. Jak nazywasz to, czego nigdy wcześniej nie widziałeś i nie potrafisz opisać?
— Arretes. Jeśli nie potrafię opisać…
— Czy widziałeś kiedykolwiek taki kamień? Skąd wiesz, że to kamień?
— Ma formę kamienia.
— Ach! A to?
— Rozumiem. Nie ma formy.
— Co było przed Formą?
— Chaos.
— Jakie więc jest jedyne imię wszystkiego, co naprawdę obce?
— Chaos.
— Co widzisz?
— Chaos.
— Co widzisz?
— Chaos.
— Co widzisz?
— Chaos, chaos.
Basowy jęk na moment ucichł, po czym podniósł się na nowo.
Doulosi przynieśli na taras tace z ciastami, owocami i winem. Hegemon zdjął okółhełm i położył go na blankach, między kielichem i dzbanem.