Odwrócone Więzienie znajdowało się na dnie krateru o średnicy ponad siedmiu stadionów. Aetheryczna Tortura wirowała nieprzerwanie ponad zboczami kaldery, odcinając Więzienie i adynatosa w nim od reszty Księżyca. Na północnym grzbiecie krateru wznosiła się wieża strażnicza; z niej, ponad rozpędzoną Torturą, spuszczano na wielokrążkowych makinach żelazny pomost, po którym sofistesi, skazańcy i kandydaci na kratistobójców schodzili w arretesową aurę. W wieży od dwóch lat mieszkał Aker Numizmatyk, wiekowy sofistes Labiryntu, jeden z wielu dopuszczonych przez Panią do tajemnicy. Rzecz jasna, nie on pełnił straż; strażnikami było pięcioro Jeźdźców Ognia.
Owego dnia Aker obudził się wstrząsany zimnym dreszczem, z głową pękającą już od przeciągłego, basowego dźwięku, który wprawiał w drżenie wszystkie szkła i metale w wieży. Jęki adynatosa niosły się po Księżycu powolną falą, przenikając wszelką materię i naciskając na umysły. Aker podniósł się i klnąc, podszedł do okna. Czasami można było zobaczyć ów dźwięk, tworzył w gęstym pyrze zmarszczki, wzdłuż których wypalały się wstrząśnięte arche Ognia. Tym razem wszakże sofistes ujrzał tylko jedną odległą ulewę płomieni; niebo nad kraterem więziennym pozostawało czyste.
Inne światło przyciągnęło wzrok Numizmatyka. Po lewej, ponad zboczem, na Drodze Bohaterów przesuwała się plama srebrnego blasku. Zmrużył oczy; jak zwykle zapomniał gdzieś opticum. Zadzwonił na doulosa — tak czy owak, jacyś goście przybywają do Więzienia.
Aker Numizmatyk na starość wyłamał się z lunarnego cyklu snu oraz czuwania i — jak działo się to często z wiekowymi Księżycanami — wrócił do morfy najpierwotniejszej, nocy i dnia liczonego w godzinach; a im bardziej posuwał się w latach, tym mniej godzin zawierało się w owym cyklu. Zszedłszy na parter wieży, zastał na nogach tylko jednego hyppyresa, rytera Chiratię; pozostali spali jeszcze. Chiratia zakładała właśnie zbroję, już wiedziała o gościach. Aker wydał polecenia nielicznej służbie, by przygotowała kwatery i zimne posiłki dla wizytantów. To zazwyczaj byli sofistesi lub hegemoni, przybywający dla zapoznania się z wrogiem. Odjeżdżali, zanim Aker zdążył dwa razy się zdrzemnąć i obudzić. Niekiedy zresztą mylili mu się na jawie.
Wyszedł na taras pod dźwigarami pomostu. Od głębokiego, monotonnego jęku adynatosa dzwoniły łańcuchy makiny.
Po raz pierwszy spostrzeżono go na Niższej Stronie, już w granicach korony Pani — lecz nie był przez to ani trochę bardziej ludzki. Na podstawie wstępnych raportów — gdy ludzie po prawdzie nie wiedzieli jeszcze, o czym raportują — wytyczono jego marszrutę. Przedłużenie tej wykreślonej na mapie linii wskazywało prosto na Czwarty Labirynt.
Działo się to tuż po pierwszej większej potyczce z adynatosami, ochrzczonej potem Bitwą Marsjańską, chociaż Mars podówczas znajdował się akurat po przeciwnej stronie swej sfery, na niskim epicyklu. Nic dziwnego, że całe zdarzenie zinterpretowano jako zwiad przed generalnym uderzeniem adynatosów na Abazon. Hierokharis pchnął przeciwko zwiadowcy Skrzywienia znaczne siły, cały enneon, to jest dziewięć trypletów hyppyroi. Wszakże Pani z jakiegoś — znanego tylko Pani — powodu zakazała bezpośredniego ataku na adynatosa. W wielkim pośpiechu ściągnięto więc astromekaników, kowali aetheru, teknitesów sztuki gwiezdnej rzeźby. Po tygodniowych zmaganiach zamknięto adynatosa w uranoizowej Torturze i powleczono mozolnie na Drugą Stronę, do Odwróconego Więzienia.
Po każdym żywym stworzeniu, jakkolwiek głupim i prymitywnym, należy się spodziewać ludzkich reakcji przynajmniej na ból i okaleczenie; nikt nie powtarza dobrowolnie czynności samobójczych. W adynatosie nie było nawet tyle człowieka. Torturę spleciono z purynicznego aetheru, skrzepłego w chmurę miliona drobnych ostrzy, cykliczną burzę białych igieł, drzazg i noży. Adynatos nieustannie na nią nacierał, jakby próbując Skrzywić czysty aether. Tortura go cięła, rozrywała, szarpała. Wówczas cofał się, rozbity na długie wstęgi chaosu, by zbierać się potem — niczym wiosenna burza, równie nieubłaganie i w jednostajnie narastającym tempie, przy dźwiękach owej drażniącej uszy kakofonii — aż przychodził moment kolejnego natarcia; i tak bez końca: Chaos na Mękach.