— Jesteście tak potwornie cierpliwe, gotujecie oręż, nie wiedząc, czy w ogóle go użyjecie, ten lub dopiero piąty, dziesiąty, setny, byle mieć jakiś pod ręką, gdy ta szansa nadejdzie; a tymczasem ostrzyć go i czyścić, by nie zardzewiał. A jeśli nie będę chciał czekać? Zamierzasz mnie tu więzić? Co? Skłamałabyś i uwierzyłbym ci. Możesz mieć strategosa i możesz mieć posłusznego psa, ale nie obu w jednej Formie. Na co więc liczysz? O, bez wątpienia jest twoim dzieckiem, Matko Okrutna, odbiciem słabszym, lecz wiernym. Znam was. Poznałem was.

Jej skóra jest w dotyku zaskakująco chłodna; to normalna temperatura ludzkiego ciała, lecz na Księżycu zaskakuje niczym parzący lód.

— Przechyl głowę. Patrz w górę, czyż tęsknota nie ściska ci serca na sam widok? Och, ależ wiedziałeś, że będziesz musiał zapłacić za każdy moment dumy.

Wściekła ośmiornica krwi atakuje pyryby, czerwony potwór mąci sadzawkę, ta woda nie jest już czysta, krew strategosa przyjmuje w zawirowaniu anthosu wróżebny kształt — czyj wszakże jest to anthos, komu wróży, na co ta ofiara…?

— A teraz idź, idź już, zagub się w Labiryncie.

Idzie.

* * *

Ponieważ rytuał jest formą najsilniejszą, dziedziniec posiadał kształt trójkąta. Bestie wychodziły od północy, tancerze czekali pod południową ścianą. Ich natarte gorącymi olejami ciała lśniły w blasku wiecznomakiny nakręcającej tę dzielnicę Labiryntu. Pan Berbelek przystanął na moment na drugiej terasie, pod czerwonymi aeróżami ogrodu przepływającego właśnie nad dziedziniec. Publiczność gwizdała i klaskała, gdy tancerze przeskakiwali nad potworami i reorganizowali się w nowe formacje, zanim bestie zdążyły się od nowa rozpędzić. Grała muzyka. Pan Berbelek drapał nerwowo bliznę na szyi; dotyk kirouffy, choć wykonanej z najlżejszego ziemskiego jedwabiu i przecież nie zapiętej, drażnił rozpaloną skórę. Sprzedawca żarbłek usunął się z drogi, ledwo pochwyciwszy jego spojrzenie. Pan Berbelek szedł w chmurze zimnego gniewu; bezpańskie psy, o których nawet jeszcze nie pomyślał, by odpędzić je kopnięciem, uciekały, skomląc jak kopnięte.

Na trzeciej terasie odbywały się tańce innego rodzaju, chociaż do tej samej muzyki. Tu też przystanął na moment, nie znał tych kroków, nie znał tego rytmu. Księżycowe obyczaje zachowały w sobie coś z tej naturalnej dzikości i okrucieństwa, które poprzedzały czas cywilizacji i kratistosów, a których ślad nigdy do końca nie da się wymazać z Formy człowieka. W cieniu, pod drzewami, sprzedawcy rozlewali do aetherycznych kubków i kielichów płonące wino. Tu natomiast, na miękkiej trawie i ciepłej ziemi, tańczono boso do melodii fletów, bębnów i kithar. Jakaś uroczystość, wesele, urodziny, modlitwa do Pani, święto płodności? Nie potrafił rozpoznać, był tu obcy. Jasnowłosa Księżycanka w nieprzyzwoicie krótkiej spódnicy, odsłaniającej prawie pół łydki, podtańczyła do pana Berbeleka, dygnęła przed nim lekko, porozumiewawczo uśmiechnięta, i pociągnęła go między tancerzy. Było to tak niespodziewane i tak przeciwne jego aktualnej morfie, że w bezmyślnym odruchu wzniósł dłoń do ciosu; powstrzymał się z wysiłkiem. Kobieta pokazała mu kroki, poprowadziła do muzyki, w jakimś stopniu narzuciła nawet swoją Formę, że aż odpowiedział suchym uśmiechem na jej uśmiech. Wymijali się z innymi tancerzami. Przyglądała mu się z podniecającą bezczelnością — szeroko otwarte, nie mrugające oczy i tajemniczy uśmiech. Po chwili przestał liczyć kroki i odmierzać w głowie rytm. Wokół lewego jej sutka wirował aetheryczny pierśczyk, w zetknięciu z białym jedwabiem kirouffy wydający przeciągły świst i budzący w materiale fale niewidzialnych iskier, dodatkowo drażniących skórę pana Berbeleka.

Potem poszli pod drzewa popielne, napił się płomiennego wina. W obracającej się powoli czarze kielicha mieszały się ciecz i ogień, nie do końca odróżnialne, nie był też Hieronim do końca pewien, co spływa mu przez gardło. Nie spocił się. Naraz jednak dreszcze przebiegły mu po plecach. Jasnowłosa Księżycanka przylgnęła do jego boku, ucałowawszy go w policzek, zanim zdążył obrócić głowę, uniosła do ust jego rękę i ugryzła go w nadgarstek, natychmiast przysysając się do rany. Powalił kobietę na ziemię, oblał ogniem. Uśmiechała się, oblizując wargi.

— Naznaczyła cię, weszła ci w krew, zawsze was rozpoznaję, umrzesz dla niej!

Kopnął ją, splunął i odszedł, nie oglądając się.

Jeszcze coś za nim krzyczała, ale nie zrozumiał słów, zniekształconych przez księżycowy akcent.

Перейти на страницу:

Похожие книги