Dotknął po kolei swych blizn, jakby wykonywał rytuał oczyszczający, gest modlitewny, złamany krzyż kristjański. Wszyscy ostatnio toczą z niego krew, niczym z wołu ofiarnego. Nieopisywalna ludzkimi słowy woń amuletu przepalała mózg pana Berbeleka. Oczy zachodziły mu łzami, zamrugał, zielona plama rozpłynęła się na czarnym niebie. No i powiedz mi, Hieronimie, skąd u ciebie ten żal, skąd ten gniew, dlaczego się wściekasz? Na co niby liczyłeś? Nie zachowuj się jak dziecko. Nikt ci niczego dobrowolnie nie podaruje. Oczywiście, że nie możesz wierzyć ani Illei, ani Pannie Wieczornej. Wrogami są wszyscy, różnica polega jedynie na tym, że niektórych wrogów się niszczy, a innych wykorzystuje do zniszczenia tamtych. Postaw sobie cele i nakreśl plan. Coś, co zadziała tak samo dobrze pod dowolną Formą. Potrafisz to zrobić. Robiłeś to nieraz. Jesteś do tego stworzony, to leży w twojej naturze. Szesnaście, siedemnaście, osiemnaście, dziewiętnaście, dwadzieścia; dobrze. Oto jak przedstawia się łamigłówka. Teraz —

Kto jest twoim wrogiem największym?

<p>Ο</p><p>Jak strategos</p>

— Wyzwanie, przed którym stoimy, w gruncie rzeczy sprowadza się do jednego problemu: jak doprowadzić do wspólnego wystąpienia przeciwko adynatosom wszystkich kratistosów Ziemi, i to nie pod twoim przywództwem, lecz z ich własnej inicjatywy. Wystąpić muszą wszyscy, a w każdym razie większość z ziem ciasnego podziału kerosu: Europy, Azji, północnej Afryki. Anaxegiros i Urwald byliby mile widziani, acz ich uczestnictwo nie jest konieczne: są bezpieczni w swym oddaleniu i nie zagrażają w tym oddaleniu natychmiastowym wypełnieniem pustki po cudzych aurach. I nie możesz dowodzić ty, ani nawet nikt bezpośrednio zależny od ciebie, żeby nie miało to żadnego pozoru próby narzucenia twej woli. Zebrać się muszą samoistnie, jak pyrownik spontanicznie schodzący po orbitach uranoizy. Coś ich musi przyciągnąć, jakiś cel. Zadajmy więc sobie pytanie: jakie przykłady podobnych zdarzeń znamy z historii? Cóż, chociażby zdarzenia, które doprowadziły do twojego Wygnania. W pewnym momencie miałaś przeciwko sobie wszystkich; w każdym razie nikt nie zajmował otwarcie odmiennego stanowiska. Zjednoczą się, jeśli się poczują bezpośrednio zagrożeni. To oczywiste. Ale oczywiste jest też, że nie możemy czekać, aż adynatosi wejdą tak głęboko, że kakomorfia stanie się na Ziemi zagrożeniem powszechnym. Tak, masz rację, ja nie mogę czekać. Potraktuj więc moją niecierpliwość jako tę swoją niespodziewaną szansę; chociaż przecież się jej spodziewałaś, prawda? A zatem. A zatem oto, co trzeba zrobić: połączyć jednoznacznie obecność adynatosów w sferach ziemskich z niebezpieczeństwem, którego kratistosi już są świadomi i które już ich dotyka. Żeby nie mogli wystąpić przeciwko jednemu, nie występując zarazem przeciwko drugiemu. Następnie — następnie sprowokować eksplozję tego pyrownika. Jak to się na przykład dzieje, że ulewy ognia nie spływają nigdy na Labirynt i inne zamieszkane ziemie Księżyca? Posyłasz astromekaników, by zapalali fałszywe pyrowniki na co mniej stabilnych orbitach aetheru. Eksplozje spadają na i tak już spopielone ugory i na wylęgarnie anairesów. Taak. Nie pytasz, bo wiesz, kto jest największym już istniejącym zagrożeniem dla Potęg i na kogo spuścić ognistą zagładę. Przecież nie zapomniałem. I wiesz, że się tu przed niczym nie cofnę, że to jest silniejsze od jakiejkolwiek przysięgi. Powiedzie mi się. Nie może się nie powieść. Zrobię to; nie pytaj, jak. Wiesz, że potrafię rozgrywać takie gry. To nieprawda, że nie szukałyście strategosa. Potrzebujecie strategosa, strategos jest waszą jedyną szansą, intryga i oszustwo zimne i bezosobowe, nie oparte na potędze twojej morfy, nieskażone twoją morfą. Armia przeciwko armii, naród przeciwko narodowi, porządek przeciwko porządkowi. Wystarczy, że otworzy się przede mną okazja. Wystarczy, że spuścisz mnie ze smyczy. Spuść mnie ze smyczy.

— Idź.

<p>IV</p><p>Π</p><p>Król szczurów</p>

Bitwa morska gorzała przez większą część nocy. W sumie na pokładach statków znajdowało się dwunastu nimrodów oraz siedmiu aresów — no i jeden strategos — wynik więc każdy mógł przewidzieć; lecz potwór był zaiste ogromny. Jego obscenicznie rozprute cielsko unosiło się teraz na spokojnych falach okeanosu, lśniąc i migocząc w czystym świetle wschodzącego Słońca. Ihmet Zajdar przypatrywał się truchłu, paląc tłustego hasziszowca, oparty o topornie rzeźbiony reling. Nadal był nieco roztrzęsiony po nocnym boju, nadal czuł na języku smak dzikich łowów, a w mięśniach — owo napięcie niechybnego ciosu, energię radosnej przemocy. W nałożeniu tylu śmiercionośnych aur keros stał się tu ostry niczym puryniczna brzytwa — ponoć jakiś marynarz z „Euzulemy” wykrwawił się na śmierć, w podnieceniu walką ugryzłszy się w policzek. Ihmet Zajdar operował zapałkami z wielką ostrożnością. Miękkie ciepło hasziszu wpłynęło weń w błękitnym dymie, kojąc nerwy.

Перейти на страницу:

Похожие книги