Janna polała sobie chleb miodem i teraz oblizywała lepkie palce.
— Oszukiwali cię dotąd wielcy teknitesi psyche, dziewczyno — cmoknęła z politowaniem.
— O, ja wierzę, że to właśnie uważasz za prawdę! — Teraz to Aurelia się zaśmiała, zaiskrzyły jej oczy. — I być może esthlos Berbelek świadomie pozwolił ci tak myśleć. Czemu nie? Oszustwa są w tobie. Spytaj Antidektesa, na czym polegają najstraszliwsze choroby — lepra, gnilica, ospa, rak — skąd się w ludziach biorą. Nie pojawią się w człowieku silnej Formy. To soma odbija pęknięcie morfy i wewnętrzne szaleństwo, tkanki buntują się przeciwko tkankom. Tak kłamie ciało. Bo — odchyl tę opaskę, pokaż mi się. No dalej! Stać cię, dlaczego nie wynajęłaś teknitesa somy? Może żaden już nic nie może poradzić na tak krzywą Formę? Co? Kłamstwo jest w tobie.
Janna rzucała skrawki kiełbasy psom, zbiegły się pod dąb z całego dziedzińca, gryzły się i przepychały u jej stóp, co agresywniejsze odkopywała dalej od kamiennej ławy — lecz karmiła je nadal.
— No, no, no. Gorący charakterek; a może to już Światowid cię dotknął, jak tę staruchę? — Zmrużyła oczy w słońcu, które zaczynało już zaglądać pod gałęzie drzewa, i na twarzy przybyła jej setka nowych zmarszczek. — Stara Janna i młoda Aurelia. Kto ma rację? Bogowie rzucają kośćmi. Bogowie nie rzucają kośćmi. Przecież się wkrótce przekonamy, gdy Hieronim będzie musiał wybrać, postąpić tak lub tak. No więc jak? Ile postawisz?
— Czy ty mi proponujesz zakład?
— Aha.
— Nie chcę pieniędzy.
— Wiem. O jeden rozkaz.
— Jaki?
— Jakikolwiek.
— Nie. Złożyłam przysięgi.
— Zatem nic wbrew twoim przysięgom.
Aurelia otarła usta.
— Dobrze. I ty — jeden rozkaz. — Jeden rozkaz.
— Wygnam cię do Herdonu, do Ziemi Gaudata.
— Tak, tak, na pewno. — Janna uśmiechnęła się krzywo. Cisnąwszy psom ostatni kawałek kiełbasy, uniosła wzrok. Aurelia ziewała szeroko.
— Aż tak znudzona?
— Muszę wracać do łóżka, padnę nosem w talerz. Dobranoc.
Obudziwszy się po raz czwarty, obudziła się na dobre. Król ze swymi ludźmi już wyjechał i dwór ostrogowy wydawał się pusty. Tak naprawdę ile osób mieszka tu na stałe? Po wyjeździe z kolei strategosa i ludzi strategosa — pozostanie tylko ta cisza i pustka, i zielone światło lasu. Obudziła się bowiem Aurelia w owej najcichszej godzinie tuż po świcie i chodziła pustymi korytarzami i wysokimi halami o ścianach ze starożytnego drewna (parter głównej części budynku wzniesiony został wyłącznie z drewna, na fundamentach z kamieni czarnych ze starości). Powietrze aż lśniło i drżało od wiosennego słońca, tryskającego przez każde okno, strzelnicę, szczelinę, jednak gdy Aurelia schodziła w cień tych ścian, które pamiętały narodziny i pierwszą śmierć Światowida, obejmował ją chłód prawie że dotykalny, chropowata materia chłodu, całun ciemnej wilgoci, oddech parował z jej ust i skraplał się natychmiast w tej parzeTak, podług słów Antidektesa Alexandryjczyka, cefery aerowe obracają się w cefery hydorowe, arche gorące i wilgotne w arche zimne i wilgotne, albowiem nawet samożywioły rodzą się i umierają.
Z sieni obwieszonej łbami puszczańskich bestii wyszła na dziedziniec — w wirujące chmury przebudzonych owadów, w gorący blask — do sadu, do lasu. Oznaczoną wypalonymi w korze runami ścieżką zeszła wprost nad ostrogowe stawy rybne. Zarosłe zielonymi kożuchami tafle wody zdawały się płaskimi polanami rozciągniętymi między zwartymi szeregami drzew. Kudłaty chłop kręcił leniwie sękatym drągiem w jednym ze stawów. Na widok Aurelii rozdziawił gębę, zamarł w pół ruchu, prawie wpadając za puszczonym drągiem w ciemną toń. Aurelia cofnęła się w las. Te drzewa — tu wszystko, co rośnie, rośnie dziko, nawet to, co sadzone i hodowane przez człowieka, jabłonie, pszenica, cebula: półdzikie, wyrywające się na wolność, ku formom prastarym, przedludzkim, bezcelowym. Tu, w głębokim anthosie Światowida.
Ledwie po kilkudziesięciu krokach, gdy światło przesieki zniknęło między pniami, utraciła zupełnie orientację. Szła tak, jak ją prowadziły pochyłości ziemi, splątane systemy korzenne, labirynty to gęstszego, to rzadszego poszycia. Już nie mogła unikać dotyku lasu, przedzierała się przez wilgotną zieleń, pajęczyny przylepiały się do jej skóry, zielsko obwijało wokół stóp. Wszystko to było tak zimne i mokre… Ziemia, znajdowała się na Ziemi, w świecie błota i chaosu. Ta sama morfa odbijała się wszak także i poza aurą Światowida — błoto i chaos, w ciałach i umysłach. Ludzie jacyś tacy niedorobieni, niedoformowani, roztelepani miedzy morfą i morfą, bez linii prostych i ostrych krawędzi, nieustannie próbują pogodzić prawdę z kłamstwem. Czy tacy byliśmy niegdyś wszyscy, czy stamtąd przyszliśmy, stamtąd wydobyła nas Pani? Czy wszechświat narodził się z Kłamstwa…? A dąży do doskonałości, zastępując stopniowo niewiarygodne wiarygodnym, nieprawdziwe prawdziwym. Ewolucje i zmiany zakończą się w momencie dotarcia do Prawdy, która przecież może być tylko jedna, niezmienna. Tymczasem żyjemy w Kłamstwie, żyjemy Kłamstwem, żyjemy, bo Kłamiemy.