To potem — wówczas bowiem Aurelia skoczyła przed strategosa bez zastanowienia, zasłaniając go w wirze ognia. Horror rozbiegł się w dwie strony, wlewając się w rynek pod ścianami budynków, wpadając do ich wnętrza przez okna i drzwi, rozległy się pierwsze strzały i krzyki ranionych, zabijanych, trzask niszczonych mebli, węglowi wojownicy wdzierali się coraz głębiej, zajmując kolejne domy, kolejne piętra —

Strategos na nic nie czekał, szedł ku studniom. Zebrani tam Moskwianie poderwali się na nogi — siedmiu mężczyzn, dwie kobiety — nadal bez słowa i jakiegokolwiek gestu wyjaśnienia, rozbiegane oczy, niewyraźne miny, nieskoordynowane ruchy, łysy Uralczyk sięgnął po oparty o cembrowinę keraunet —

Aurelia skoczyła z zamachu epicykli biodrowych, spadła nań w obłoku czerwonego żaru, płaszcz Uralczyka stanął w płomieniach, zanim jeszcze rozpruła mężczyznę prawą wirkawicą wzdłuż kręgosłupa, a podniesiona orbita uranoizy lewego okółramiennika ścięła mu głowę.

Rozbiegli się na wszystkie strony, przewracając o cudze i własne stopy. Aurelia połamała pozostawione keraunety.

— Ty! — ryknął Berbelek. Obejrzała się.

Wskazywał jednego z uciekających mężczyzn, wysokiego bruneta w zbroi zdobionej piórami fenixa; uciekał on tyłem, nie odwracając wzroku od Berbeleka, bardziej idąc, niż biegnąc, kroczek za kroczkiem — teraz stanął jak wmurowany.

— Ty! — ryknął powtórnie Berbelek i nawet Aurelię zdjął lęk. Podeszła wolno do strategosa, w uspokojonej zbroi i chłodnym płomieniu. Stanęła z tyłu, po prawej.

— Krypier! — syknął Berbelek i wskazał orękawicznioną prawicą pokryty popiołem bruk u swoich stóp.

Cudzybrat postąpił do przodu, stopa lewa, stopa prawa, raz i drugi — strategos nie opuścił wzroku, nie opuścił ręki — bliżej i bliżej, drżały mu wargi, chciał odwrócić spojrzenie od twarzy Berbeleka, ale nie mógł, więc tylko zaciskał pięści i trząsł się coraz silniej, po ostatnim kroku prawie się zatoczył, jakby opuściły go resztki sił, i padł przed Berbelekiem na kolana, z przeciągłym, zwierzęcym jękiem obejmując go za nogi i przyciskając do nich głowę, niżej, jeszcze niżej, aż w końcu całował, lizał, obśliniał ubłocone buty Berbeleka, a Berbelek spoglądał nań z góry w dziwnym zamyśleniu, Aurelia nie rozumiała, co oznacza ów lekki gry mas, ironiczne wygięcie warg, uśmiech, nie uśmiech, co on czuje, gdy tak poklepuje Krypiera Cudzybrata po głowie i mruczy doń uspokajająco:

— Dobrze już, dobrze, taaak, wiem, Krypier, wiem, nie potrwa długo, nie będzie bolało, już, już, już.

Tej nocy po raz pierwszy nie spadł deszcz. Krypier Cudzybrat płonął aż do świtu.

<p>Σ</p><p>Ferus, aereus, aethereus</p>

„Łamichmur” przycumował do ostrogowego barbakanu już w nocy, domowników obudziły rozszczekane psy. Aurelia spała na pokładzie oroneigesowego aerostatu kamiennym snem, właśnie się dla niej zaczęła księżycowa noc, ciało domagało się wypoczynku, ciało i umysł, kilkuset godzin comiesięcznego letargu. W końcu obudzono ją przemocą, jako że strategos wysyłał „Łamichmura” z kolejną misją i trzeba było wszystkich pasażerów przenieść do ostrogowego dworu. Wtedy po raz pierwszy ujrzała rodowy majątek Berbeleków-z-Ostroga.

Ujrzała lasy. Kamienny barbakan, połączony powietrznym pomostem z resztką obronnego muru, zwrócony był na południowy wschód, bo tędy podchodziła na szczyt wzgórza droga prowadząca od rzeki i stawów, tu niegdyś znajdowała się brama i chroniące ją baszty. Teraz zaś ze wszystkich tych topornych fortyfikacji ostał się jedynie barbakan, i to do niego przymocowano sznurowe trapy i żelazne kotwice „Łamichmura”. W dryfie zwracał się zawsze aniołem przeciwko wiatrowi. Obudzono Aurelię po godzinie czwartej, wiało ze wschodu, gdy więc zeszła z prawej burty na szczyt barbakanu, ujrzała nieskończoną panoramę puszczy, ciągnącej się aż po południowy horyzont, po ledwie widoczną, zamgloną linię gór. O tej porze dnia słońce przebarwiało wszystko, kładąc miodowy blask na zieleń, zieleń i zieleń — Aurelia stała ponad morzem zieleni. Zaspana, ziewając, dała się poprowadzić wewnętrznymi schodami barbakanu, przez dziedziniec dworu i na piętro jego zachodniego skrzydła, gdzie bez słowa zapadła w pachnącą wiosną Ziemi pościel, zapadła na powrót w swój ognisty sen.

Перейти на страницу:

Похожие книги