Oni w Ostrogu jeszcze najczęściej ją widywali: myśliwi oraz zwierzęta — których, nie będąc nimrodem, nie potrafiła w porę dostrzec i rozpoznać, zwłaszcza drapieżników: lśniące ślepia w mroku i nagłe szelesty w zaroślach. Lasy Światowida pełne były zwierząt, dzikich, najdzikszych, o morfach nie tkniętych ludzką przemyślnością, bezcelowych, służących tylko celom Lasu. Zrozumiała wkrótce, że tego nie sposób rozdzielić — Światowida i lasu — że nie rozróżniali ich sami Vistulczycy. Natykała się na wykonane przez nich toporne rzeźby, słupy totemiczne jak osie obrotu rozpędzonej zieleni, wbijane tu i tam podług tajemnego planu, w niezmiennym wzorze od tysiącleci — pieczęć anthosu Światowida, lecz starsza od samego Światowida. Przypomniała sobie jedno z bluźnierstw Antidektesa: bogowie nie istnieją, lecz istnieją ich Formy, gotowe na wypełnienie przez pierwszą lepszą Potęgę, narodzone wraz z narodzinami człowieka.
We dworze, oprócz dziesięciu horrornych, Janny i strategosa ze służbą, chyba zresztą wcale nie opuszczającego swych pokoi we wschodnim skrzydle, rezydowało jedynie kilku starych Vistulczyków, z którymi Aurelia oczywiście nijak nie mogła się porozumieć. Od Porte wiedziała o jakiejś leciwej „pani dworu”, której komnaty znajdowały się tuz pod Hieronimowymi — to musiała być owa esthle, którą widziała nocy drugiego przebudzenia.
Spotkała ją jeszcze raz, w noc ostatnią.
Tuż po zmierzchu spadł deszcz; Księżyc przeglądał się w kałużach dziedzińca, przedziwny widok. Siedząc na kamiennym stole pod dębem, Aurelia jadła światowidowe gruszki i smakowała powietrze po nocnej ulewie — wiedziała że tego zapachu nie będzie w stanie opowiedzieć po powrocie do domu.
Pestkami gruszek pluła pod cembrowinę studni.
Siwowłosa esthle wyłoniła się z cienia sadu. Rękawy sukni podwinięte miała wysoko, ręce czarno ubrudzone, egzotyczna poświata Księżyca zagęszczała wszystkie kolory. Stara zatrzymała się przy studni, pchnęła żuraw, opuszczając wiadro w głąb, drewno zatrzeszczało głośno. Aurelia patrzyła w milczeniu. Esthle wyciągnęła cebrzyk i pochyliła się, by obmyć ręce. Wtedy Aurelia w końcu rozpoznała tę barwę, lśnienie tej czerni.
Zeskoczyła ze stołu.
Esthle obejrzała się na nią.
— To ty.
— Po to je tu trzymasz, całe stada psów.
— Aurelia, tak?
— Kto to był?
— Moja córka. Podejdź.
Aurelia podeszła. Esthle otrzepała dłonie.
— Masz go strzec.
— Strzegę go.
— Nigdy już potem nie był sobą. Ją jedną kochał. Nie wierz w to, co teraz o nim mówią.
— Kim —
— Esthle Orlanda Sluva z Moskwy. Ale umrę tutaj, w Ostrogu.
Zsunęła w dół rękawy sukni, odstawiła wiadro. Z bliska Aurelia widziała liczne ciemne plamy na pofałdowanym materiale, cała suknia była pokrwawiona — zapewne tak samo jak podczas pierwszego ich spotkania, wówczas jednak Aurelia nie zwróciła uwagi.
— To nic nie pomoże, esthle.
Esthle Orlanda już nawet nie patrzyła na Księżycankę.
— Rozszarpały ją — nuciła stara swym dziewczęcym głosem. — Nauczył ją polować, zabierał ze sobą, myślałam, że…
— Tak?
— Wszystko się zmieniło. — Zamrugała. — Popatrz. Palisz się.
— Esthle.
— Masz go strzec, on tu kiedyś wróci, już po mojej śmierci, ale wróci do siebie, nikt nie rodzi się strategosem, moja Aurelio, nikt nie rodzi się victorem i tyranem.
— Toż musiałbym być szaleńcem! Po tym, co przeżyliśmy nad Lodem…! — zakrzyknął Omixos Żarnik. — Popatrz na te ptaki, esthlos. Jeśli zejdziemy jeszcze niżej, aether nie wytrzyma, łódź mi się rozpadnie.
— Przecież cumowałeś już nawet na powierzchni Ziemi, po kilkanaście godzin — zauważył strategos Berbelek. — Nad Lodem też zeszedłeś na pół stadionu.
— I drugi raz nie popełnię tego błędu — stwierdził hegemon „Urkai”.
Aurelia spojrzała w dół przez uranoizową podłogę kajuty hegemona w głowie „Urkai”. Wirujący korpus łodzi (skrzydła złożone, ogon wyprostowany) dzieliło od pstrokatej dżungli prawie dwa stadiony. Lecieli z południowego zachodu. Jeśli wierzyć mapom strategosa — popękane pergalony esthlosa Berbeleka przesłaniały połowę krajobrazu — jeśli im wierzyć, znajdowali się dokładnie nad geograficznym centrum Afrykańskiego Skoliodoi, pięćset stadionów na południe od Żółwiej Rzeki, osiem tysięcy od wybrzeża Zachodniego Okeanosu. Położenie owego centrum dało się z tej wysokości dosyć dobrze ocenić gołym okiem, albowiem wraz z postępującym Skrzywieniem dżungla traciła formę dżungli i już nawet nie dominowała w niej zieleń, w istocie nie dominował żaden kolor, spoglądali z przestworzy na jakąś chaotyczną mieszaninę wszystkich możliwych barw i odcieni, bolesny dla oczu bełkot światła. Czy tam w ogóle jeszcze rosły jakiekolwiek drzewa? Nie sposób powiedzieć. Skały, rośliny, zwierzęta, woda, ogień, ruch czy bezruch, kształt czy koniec kształtu, obłoki twardego powietrza czy budowle i rzeźby z dymu i płomienia — przymrużysz lewe oko, widzisz co innego, przymrużysz prawe oko, widzisz co innego, zamkniesz obydwa, o, może to jest prawda!