Król i biurokrata wymienili kilka zdań po vistulsku; włączył się strategos. Kazimir już po chwili walił pięścią w stół, aż podskakiwała srebrna zastawa. Służący odstąpili pod ściany. Nawet sofistes przestał jeść. Wtem strategom zaśmiał się i położył dłoń na ramieniu króla. Aurelia wstrzymała oddech. Król obrócił się do Berbeleka i zaczął mu coś cicho tłumaczyć. Esthlos Berbelek kiwał głową, Aurelia cofała się ku drzwiom. Król ponownie wysmarkał nos. Strategos rozsypał sól na dębowym blacie i jął w niej coś rysować czubkiem noża. Kazimir IV przypatrywał się temu z miną równie ponurą, jak mina dworskiego biurokraty. Aurelia wyszła, bose stopy nie wydawały dźwięku na starych parkietach.
W korytarzu dopadła ją Janna.
— Po coś tam lazła? — syczała, ciągnąc Aurelię za łokieć z powrotem ku zachodniemu skrzydłu. Aurelia dopiero teraz spostrzegła żołnierzy w królewskich barwach, rozstawionych przy schodach, przy drzwiach i w sieni, widocznych także na podwórzu. Grafitowa czerń horrornych mignęła jej tylko raz czy dwa; strategos zabrał był ze sobą w „Łamichmurze” jedynie dziesiątkę Hasera Obola. Minęły rząd wewnętrznych strzelnic. Na dziedzińcu dworu, w cieniu ruin murów fortecznych stały wysokie wozy królewskiej świty.
— I po coś się tak stroiła? Musieli cię wziąć za bogowie wiedzą kogo, że cię w ogóle wpuścili. Miałaś spać, nie? Teraz przecież śpisz.
— Gdzie tu są kuchnie?
— Czekaj, zaraz poślę po coś gorącego. Ale po coś tam lazła! — Janna nie mogła tego przetrawić; pokrzykując, szarpała nerwowo za opaskę na lewym oczodole. — Cóżeś im powiedziała? Wszystko możesz zepsuć!
— Niby co takiego?
Po rozsłonecznionym dziedzińcu, między wozami, biegały psy, rasowe i bezrasowe, podłej morfy kundle, z wywieszonymi ozorami, całe stado, wzbijając tumany kurzu i co chwila wybuchając wściekłym jazgotem — lecz to był właściwie jedyny ruch. Rozłożeni w cieniu żołnierze spali lub zdawali się spać. W bezwietrznym powietrzu drzewa stały nieruchome, ze zwieszonymi gałęziami. Jeszcze tylko małe poruszenie na niebie — Aurelia uniosła głowę — to bocian kołował nad barbakanem.
Usiadły przy kamiennym stole pod rozłożystym dębem. Złapana po drodze przez Jannę służąca przyniosła dzbaniec mleka i miodu, bochen chleba, michę pełną wędlin, drugą z parującym gulaszem i trzecią z zupą rybną.
— Co miałabyś zepsuć, co miałabyś zepsuć — zrzędziła Janna, krojąc zamaszyście chleb. — Najlepszy dowód, że sama nawet nie zdajesz sobie sprawy. Hej, czy ty w ogóle jesteś przytomna?
— Przepraszam, oczy mi się kleją.
— Mój Boże, ależ z ciebie jeszcze dziecko…
Aurelia prychnęła suchym dymem. Sadza opadła na doniesiony właśnie ser i jaja. Janna-z-Gniezna starła ją powoli kciukiem, który ocierała z kolei o rękaw bluzy, raz, dwa, trzy — poziome linie czerni.
— Dziecko, dziecko, dziecko. Nie wiem, jaką on rolę ci przeznaczył, ale więcej możesz zepsuć przez swoją ignorancję, więc — jedz, czemu nie jesz — więc przynajmniej ostrzegę cię na przyszłość.
— Mhm, przed czym? Skąd on się tu w ogóle wziął? Król Vistulii. Nie wiedziałam, że lecimy do Ostroga na spotkanie z nim; esthlos Berbelek miał wstąpić do domu. Strategos ma tu jeszcze jakąś rodzinę, prawda?
— Sądzisz, że po co mu było to zwycięstwo w Kolenicy?
— Przekonać Kazimira. Da mu wojsko, pójdą z Thorem na Czarnoksiężnika. Nie? No przecież dlatego.
— A spróbuj pomyśleć jak strategos. Spróbuj pomyśleć jak kratistos.
— Po co? Nie jestem nimi.
— Więc uwierz mi na słowo: mogłaś wszystko zepsuć.
— Król się zgodził.
— Co?
— Kazimir się zgodził na wszystko. A w każdym razie zgodzi się. Na pewno. Podaj mi ten — dziękuję. Zgodzi się esthlos Berbelek już go naprostował.
— Ach. Tak. Naprostował. No proszę.
— Wątpiłaś? Pokona Czarnoksiężnika, pokona adynatosów.
Janna zaczęła rechotać, kręcąc i potrząsając głową, aż siwy warkocz zawinął się jej wokół szyi.
Aurelia skończyła zupę i poluzowała tasiemki herdońskiej sukni.
— Śmiejemy się.
— Naprawdę sądzisz, że takie są plany Hieronima?
— Przecież zbiera armie i sojuszników, organizuje ofensywę, zmawia kratistosów przeciwko adynatosom, byłam świadkiem.
— Pomyśl, głupia: z tego rośnie jego potęga, taka morfa się przed nim otworzyła — że nawet Illea z góry opłaca mu wojsko, jakie tylko sobie zażyczył. Hieronim byłby idiotą, gdyby tego nie przyjął; i byłby skończonym idiotą, gdyby zaraz potem wszystko to odrzucił.
— Mhmmm, a zatem, powiadasz, plan jest taki: wyciągnąć z Pani jak najwięcej, zdobyć jak najlepszą pozycję i utrzymać ją za wszelką cenę. A reszta to zaledwie kłamstwa, porzucane w miarę zużycia.
— Nie wszyscy szukają tylko chwalebnej śmierci na polu bitwy. Są ryterzy i są ci, co ich w bój posyłają.
— Nie — odrzekła Aurelia. — Są ryterzy i są ci, za którymi ryterzy idą w bój. Ten Hieronim Berbelek, o którym mówisz — kogo by za sobą porwał, skąd czerpał siłę, jak zwyciężał? Przed czym miałby się ugiąć król Kazimir. W Formie opartej na kłamstwie nie ma siły. Dlaczego zdobył Kolenicę, dlaczego Cudzybrat się poddał? Zemsta była prawdziwa, nienawiść była prawdziwa.