Strategosowi i sofistesowi pozostało obserwować wyspy przez lunety. Potężne księżycowe opticum, zamontowane w głowie łodzi, pozwalało zniwelować tę odległość, lecz przecież nadal było to spojrzenie z zewnątrz, nie pozwalające na wejrzenie do środka Skoliodoi, na ujrzenie jego prawdziwej postaci — widzieli jedynie ten pozorny chaos, jak migotanie powierzchni okeanosu. — Dopóki jej nie przebijesz, nie zanurzysz się i nie otworzysz oczu pod wodą — mówił Antidektes — nie poznasz prawdy o życiu okeanosu, oślepiony przez słoneczne refleksy, pisać będziesz durne rozprawy o kształcie fal i kolorach bałwanów. Antidektes gotów był zejść nawet w Skoliodoi Lodu.
Chciał przeprowadzać rozmaite eksperymenty. Jeszcze w Vistulii kupił kilkadziesiąt zwierząt w drewnianych klatkach — kur, kotów, psów, węży i gryzoni — i zabrał je ze sobą na „Urkaję”. Aurelia przypomniała sobie, ile kłopotu było z ich przeniesieniem z „Łamichmura” na „Urkaję”. Oroneigesowy aerostat i łódź księżycowa spotkały się w umówionym punkcie, pięćdziesiąt stadionów nad dachami Uuk. Była ciemna noc, światła miasta przesłonięte przez chmury, światło Księżyca w trzeciej kwadrze też słabe i blade. Zimny wiatr zawodził na wysokościach. Między oroneigesową wieżą i aetherowym skorpionem przeciągnięto tuziny lin i sieci. Do skorpiona można było wejść jedynie przez otwór w jego głowie, tak zatem wycelowano anioła, jego kosa lśniła zimnym błękitem, aether „Podgwiezdnej” płonął niebieskim blaskiem. Z okien i balkonów minaretu wychylali się Oronejczycy z pochodniami i lampami w rękach, wiatr gasił płomienie, zapalano je od nowa, kołysał okrętami, to zbliżając je do siebie, to oddalając, sieci się napinały, by zaraz zapaść się głęboko w tę szczelinę światła i mroku między aniołem i skorpionem, a wicher porywał przekleństwa i trwożliwe okrzyki przechodzących po sznurowych pomostach. I rzeczywiście, jeden z niewolników strategosa podczas przesiadki spadł z rozciągniętej między okrętami sieci i zniknął z wrzaskiem w wietrznej ciemności. Przenosił klatkę ze szczurami i szczury spadły razem z nim. Antidektes klął i złorzeczył.
Wiedział był, że „Urkaja” poleci nad Skoliodoi, przygotował sobie cały plan.
— Powróz likotowy, trzy stadiony długości — pokazywał Aurelii — Na pewno wystarczy. Będę je spuszczał w samo serce Skrzywienia. Mam najlepszy zegar cygański, powinien wytrzymać, zapiszę wszystko co do minuty. Jakie zmiany po jakim czasie, i gdy powtórzę, w jakim oddaleniu od centrum, czy szybciej, czy wolniej — tak wykreślę precyzyjne mapy natężenia arretesowej morfy. Gdyby przeprowadzać te badania co tydzień, co miesiąc, a choćby co rok, zyskalibyśmy także konkretną, to znaczy wyrażalną numerologicznie, wiedzę o sile i tempie rozszerzania się Skoliozy, a po kilku latach — nawet o możliwej zmianie tego tempa, przyśpieszeniu lub zwolnieniu. Że mógłbym wyliczyć, czy i kiedy nadejdzie taki dzień, gdy istotnie nieludzka Forma obejmie całą Ziemię: Skoliodoi połączy się ze Skoliodoi i ostatnia wysepka starego świata, z górami, rzekami, łąkami, kwiatami, zwierzętami i ludźmi, ich miastami, rzemiosłami i sztukami, historią, językami i religiami — zostanie pochłonięta. Kilka klatek ze zwierzętami. Pomóż mi.
Ale koniec końców nie miał okazji przeprowadzić żadnego eksperymentu. Gdy po zejściu nad Lód Południowy „Urkaja” wróciła na kilka dni do sfery niebieskiej i okrążała Ziemię w tradycyjnym epicyklu dryfu, podhalsowała do niej z księżycowej sfery „Eloa”: łódź Pani, wielka ćma czarnego aetheru. Złożyła gigantyczne skrzydła, przyśpieszając tym samym wirowanie długiego, obłego korpusu, i zbliżyła się swym idealnie kulistym łbem do białej głowy skorpiona, Złączyły się w aetherycznym pocałunku, światło przepłyneło do światła, zadrżał jadowy ogon i ciężki odwłok. Na Pokład „Urkai” wszedł Hierokharis, Pierwszy Hyppyres, Hegemon Księżyca. Dla Aurelii było to oczywiście wielkie wydarzenie, dotąd tylko kilka razy widziała głównodowodzącego hyppyroi, wnuka Pani, nigdy z bliska, nigdy on sam nie zwrócił na nią swego spojrzenia. I tym razem zniknął zaraz ze strategosem Berbelekiem w kajutach Omixosa, omawiali przez długie godziny plany kampanii; Aurelii znowu nie dopuszczono do sekretu.
Została na zewnątrz, symboliczny strażnik, w przejściu prowadzącym do wewnętrznego szkieletu „Urkai”. Stąd widziała, jak pokładowi doulosi przenoszą z łodzi na łódź dobytek Antidektesa — oto spełniało się największe marzenie starego sofistesa, poleci na Księżyc, otworzą się przed nim wrota Biblioteki Labiryntu. Aczkolwiek stojąc teraz z boku i nadzorując tę przeprowadzkę, nie miał najszczęśliwszej miny.
— Zwierzęta zostawiam, wyrzućcie, jeśli będą zawadzać. Szkoda, że już nie sprawdzę mych hipotez.