— Potem polecisz bezpośrednio nad Amidę, jak się umawialiśmy. Te orbitalne mapy Zauralia nie są w tej chwili najważniejsze. Wszystko jasne?
— Tak, esthlos.
— Za ile będziemy nad tą oazą? On już tam czeka.
— Wyskoczymy do aetheru, złapiemy silny epicykl północny, trzy godziny, esthlos.
— Więc już. Rozkazy!
Aurelia patrzyła, jak skąpane w słońcu Skoliodoi oddala się od nich, ucieka w dół spod uranoizowego pancerza wznoszącej się łodzi, i dziwną rzecz wówczas zauważyła: wzrok obejmował coraz większe przestrzenie, zmieniała się skala postrzeganego chaosu, lecz gdyby nie znaki zewnętrzne — krzywizna horyzontu, drżenie powietrza, wreszcie chmury — nie byłaby w stanie tego stwierdzić. Skoliodoi pozostawało takie samo, z jakiejkolwiek wysokości widziane, w jakiejkolwiek mierze rozciągnięte były fale jego kakomorfii — pusów, stadionów czy setek stadionów. Ta sama, nieodróżnialna, bezimienna aforma.
Z nawiedzonego na krótko aetheru spadli potem na powrót w sfery pyru i aeru, i znowu pyru, jak się wydawało Aurelii, gdy wirująca „Podgwiezdna”, ze złożonymi skrzydłami i wyciągniętymi w przód skorpionowymi szczypcami, mknęła ponad nieskończonością białego piasku, ponad północną Sadarą, najstarszą w niej pustynią, całą aż rozdygotaną od wydalanego żaru. Aurelia czekała końca tej monotonii symetrycznych diun i cieni ich zboczy — cieni coraz dłuższych, w miarę jak Słońce opadało do poziomu lewego ramienia skorpiona. Purpurowe promienie prześwietlały rozpędzony aether.
Oaza Zazdrosnego Szkieletu znajdowała się na samej granicy dzikiej Sadary, na granicy anthosu Nabuchodonozora Złotego, 3000 stadionów na południowy zachód od Alexandrii. Strategos Berbelek wybrał ją na miejsce spotkania, ponieważ od czasu Wygnania Illei nie przechodziły tędy żadne szlaki handlowe i można się było nie obawiać przypadkowych świadków. W istocie Oaza Zazdrosnego Szkieletu to była jedna podpiaskowa studnia, jeden starożytny pylon, obalony, na wpół zagrzebany i oszlifowany przez wiatry i dżinny do kościanej gładkości, oraz skupisko kilkudziesięciu porowatych głazów. Za Illei rosły tu palmy, zieleniła się trawa, śpiewały ptaki — nie pozostał po tym ślad.
„Urkaja” przycumowała do szczytu pylonu, wbiła skorpioni ogon w ziemię. Z pyska łodzi spuszczono likotowe sieci. Aurelia schodziła przed strategosem. Zeskoczyła na gorący piasek, wbijając się weń po kostki. Ludzie stojący przed rozstawionymi między głazami namiotami przyglądali się w milczeniu, osłaniając oczy przed błękitnym światłem łodzi księżycowej, niektórzy czynili gesty oduroczne, inni pluli w piasek; Negrowie zaś, których w oddzielnym obozie za głazami było kilka tuzinów, przykucnęli, unosząc swoje skórzane tarcze.
Aurelia nie czekała, aż z „Podgwiezdnej” spuszczą bagaż, i podążyła za esthlosem Berbelekiem. Wysiadali tu tylko oni dwoje. Jannę, Hasera Obola z horrornymi, nawet Porte i służących, i doulosów, wszystkich ich strategos odesłał już wcześniej „Łamichmurem”. Porte wrócił do domu w Alexandrii, ale dokąd udali się żołnierze? Aurelia przypuszczała, iż strategos ugiął się jednak pod szantażem Nabuchodonozora i w rzeczy samej szykuje atak na Babilon.
— Esthlos.
— Królu.
Hieronim Berbelek uścisnął nadgarstek Mariusza Seleukidyty. Król Bez Korony pierwszy wyszedł był mu naprzeciw od namiotów; za nim postąpiła cała zbrojna świta, Aurelia rozpoznała barwy pergamońskiej diaspory. Nad namiotami powiewał sztandar Seleukidytów oraz drugi z Czwórmieczem, symbolem Czwartego Pergamonu, znanym dotąd tylko z bazgrołów na murach miejskich Aegiptu, Babilonu, Macedonii i Rzymu: trzy złamane miecze, czwarty, o złotej klindze, cały. To prawda, Oaza Zazdrosnego Szkieletu to nie Rynek Świata, niemniej wzniesienie tych sztandarów stanowiło znak nieomylny. Aurelii zabiło szybciej serce Amida od półwiecza znajdowała się pod anthosem Czarnoksiężnika, Pergamon — Siedmiopalcego. Wszystko albo nic; nie będzie można już się cofnąć.
Mariusz poprowadził strategosa do swojego namiotu. Aurelia nie odstępowała esthlosa. Otoczyli ją Amidańczycy w zapiaszczonych dżulbabach, abach i burnusach, brudnych turbanach i trouffach, z tłustymi brodami, z ciężkimi keraunetami w dłoniach i krzywymi kandżarami przy pasach. Sama, idąc za przykładem strategosa, wdziała białą kirouffę. Żadnej broni nigdy nie nosiła, zbyt łatwo niszczył ją ogień. Nie znali jej, była w ich oczach bezbronną kobietą obcej morfy.
Natomiast iganazi z pozoru nie różnił się od zwykłych ludzi. Gdyby nie wyjątkowo masywna budowa ciała, szerokie bary i gruby kark oraz gęste, sztywne włosy, nie różniłby się wcale. Aurelia szła tuż za nim i gdy opuściła wzrok, zobaczyła, że Mariusz jest boso i pomimo swego ciężaru, nie tylko nie zapada się w piasku, ale nie pozostawia na nim w ogóle śladów. Mógł — i musiał — się z tym kryć, lecz ludzie mu najbliżsi zawsze będą wiedzieć, iż jest, kim jest, Daimonem Ziemi, iganazi, gesomatą.