Żuł w zamyśleniu ziarna qahwy. Aurelia podążyła za jego spojrzeniem. Patrzył pod nogi, gdzie za rozpędzoną aetheryczną burtą „Podgwiezdnej” płonął oślepiającą zielenią wąski sierp Ziemi: skrawek Azji, Wschodniego Okeanosu i Ziemi Gaudata. Aurelia przypomniała sobie, jak sama spoglądała na oddalającą się tarczę Księżyca, gdy opuszczała jego sferę dwa i pół roku temu wraz z esthlosem Berbelekiem. Naszła ją przykra myśl, że w istocie wcale się tak bardzo nie różni od Antidektesa Alexandryjczyka, że poruszają nimi te same daimoniony, nim być może potężniejszy, skoro gotów jest dla boskiej ciekawości opuścić swój świat na zawsze. Dotąd nie darzyła go wielką sympatią: wiedział, kim ona jest, i od początku traktował ją z pogardą, utrzymując Aurelię na dystans. Dopiero po jakimś czasie pojęła, że tak zachowywał się wobec prawie wszystkich. Co oczywiście nie czyniło go bardziej sympatycznym. Z różnych uwag rzucanych przez strategosa domyśliła się historii Antidektesa: był przekupny, miał wielu politycznych wrogów, był przekupny i był zadłużony, kończył mu się czas. Z drugiej strony, nie sprzedał się esthlosowi BerbelekoWi za pieniądze. Chociaż istotnie na Księżycu wierzyciele już go nie dopadną.

— Ale nie wierzyłeś naprawdę w to wszystko, co im opowiadałeś — pół stwierdziła, pół spytała. Sofistes nie uniósł wzroku. Aurelia myślała sobie tak: to najpewniej ostatni raz gdy go widzę, strategosowi też nie jest już potrzebny, mogę mówić, co chcę. — Ciekawe, w jakiej części zofia, te wszystkie mądrości zgromadzone w wielkich bibliotekach, w jakiej części stanowią one owoc podobnych zamówień.

Uśmiechnął się pod nosem.

— Za mądrości się płaci, to oczywiste. Gorzej, gdy płacą za głupoty. — Wrzucił do ust kolejne ziarno. — Pytasz, czy mówiłem im prawdę. Nie wiem, jaka jest prawda, więc na pewno też nie kłamałem.

— Kłamałeś, gdy mówiłeś, że wiesz.

— Czyżbyś nie popierała planu swego strategosa?

— Adynatosów trzeba zniszczyć.

— Ale Czarnoksiężnik biedna ofiara?

— Nie on jednak sprowadził adynatosów. Prawda? Antidektes spojrzał na nią ze złośliwą satysfakcją.

— Jak ja lubię tak zagorzałych miłośników prawdy! Trzymałem sobie zawsze kilku w akademei i gdy psuł mi się humor, szedłem i zadawałem jakieś proste pytanie, w rodzaju: „czym jest byt?”, albo „czym jest dobro?”, albo „kto jest twoim przyjacielem?” Od razu mi się poprawiało. — Rozgryzł i wypluł qahwę. — Chcesz wiedzieć, w co wierzyłem, a czego im nie mówiłem? Nie chcesz. Skąd adynatosi mogli powziąć zainteresowanie sferami ziemskimi? Co takiego mogli ujrzeć, poczuć tam, poza sferą gwiazd stałych, że wzbudziło to ich ciekawość i przywiodło do nas? Porządek jest niezmienną harmonią; to, co powtarzalne, nie budzi zdumienia, milionkrotny bieg Słońca wokół Ziemi nie stanowi żadnego wydarzenia. Znakiem jest zmiana, znakiem jest nieregularność, znakiem jest złamanie harmonii. Pięćset czterdzieści lat temu kratista Illea Kollotropyjska opuściła sferę Ziemi i osiadła na Księżycu. Dzisiaj macie tam całe miasta, świat zamknięty w swojej własnej hierarchii sfer, drugi porządek, nakładający się na porządek sfer Ziemi, drugi środek kosmosu, ku któremu układają się żywioły. Posłuchaj tej muzyki. Słyszysz, jak to brzmi? Święty rytm, odwieczna melodia rozdarta przez narastający z każdym wiekiem dysonans, zgrzyt idący przez całe niebo. Trrrrrrrrrrr! To właśnie usłyszeli, to właśnie poczuli — że ktoś, coś rozbija porządek tych sfer — i przylecieli. A dokąd? Gdzie nastąpiło pierwsze spotkanie, pierwsza bitwa? Czy nie zachowują się w istocie jak medyk, usiłujący znaleźć źródło choroby? Dokąd się skierowali przede wszystkim? Strategos mówił, że trzymacie tam nawet jeńca. Taak. Ona musi się przynajmniej domyślać, czyja to wina. Oczywiście, że chce za wszelką cenę ich przegnać.

— Milcz.

— Teraz mi powiedz, Płomienna: czy kłamię? Czy kłamię? Czy ja kłamię? No? Żegnam.

Aurelia wyrzuciła w aether klatki ze zwierzętami i resztę rzeczy pozostawionych przez sofistesa, gdy tylko „Eloa” z nim na pokładzie rozłożyła czarne skrzydła i na powrót wzbiła się do Księżyca. Teraz Aurelia trochę żałowała, byłaby dobra okazja spuścić kurę czy psa w ten rozgotowany bulion kolorów i form. Czynić rygorystycznych obserwacji i eksperymentów ponawianych w regularnych seriach nie miała ochoty, lecz przydałoby się sprawdzić, jaka właściwie jest siła tego Skrzywienia. Przyjdzie im przecież stoczyć bój pod arretesowym anthosem — im: hyppyroi — w tej wojnie zetrą się ludzie z tym, co nieludzkie, a w pierwszym szeregu staną Jeźdźcy Ognia — jeśli nie na Ziemi, to w aetherze na pewno, nie w tym roku, to w następnym, nie pod strategosem Berbelekiem, to pod innym hegemonem. Czuła, że ta bitwa została jej przeznaczona, że urodziła się dla tej bitwy.

Za jej plecami (nie podnosiła głowy nad uranoizową podłogę) Omixos dyskutował z esthlosem strategię ofensywy.

Перейти на страницу:

Похожие книги