Posąg Ateny Polias leżał w kałuży oleistego błota, ukruszony na wysokości kolan; Atena nie miała także głowy. Na osmalonym korpusie bogini siedziała horrorna w rozprutym węglowym napierśniku i pomagając sobie zębami, lewą ręką bandażowała rękę prawą. Na widok strategosa poderwała się do salutu, bandaż spadł w błoto. Esthlos Berbelek wskazał rozżarzoną ryktą w dół wzgórza, na ruiny gymnazjonu, nad którymi nadal unosiły się kłęby czarnego dymu.

— Tam przeniesiono lazaret.

Portyk Biblioteki Pergamońskiej zniszczony został prawie w dwóch trzecich, stały tylko kolumny najbardziej oddalone od Świętego Kręgu. A raczej od tego, w co pod anthosem Czarnoksiężnika zamieniono Święty Krąg: plac z fontanną i kilkoma rzeźbami pośrodku kompleksu urzędniczego. Na północ od placu znajdował się główny budynek Biblioteki Pergamońskiej, na zachód — świątynia Ateny, za którą półokręgi kamiennych stopni schodziły po szerokim stoku ku miastu. W świątyni Ateny za rządów Uralu mieściły się biura milicji. Pozostała z nich jeno kupa osmalonych gruzów: spadła tu jedna z owych naprędce spreparowanych bomb „Urkai”. Większość najstarszej części Biblioteki, wzniesionej jeszcze za Attalidów Alexandryjskich, przetrwała w niewiele lepszym stanie. Esthlos Berbelek chciał wejść przez zachodni portyk i trafił na spiętrzone powyżej głowy zawalisko. Wszystko tu było mokre, oślizgłe od brudnej wilgoci, woda zbierała się w pęknięciach płyt.

Obeszli kolumnadę naokoło.

— Czego znowu, może byście lepiej pomogli, zamiast… Aaa! No o co chodzi?

Kilkanaście osób wynosiło tu na zewnątrz stosy książek i pergaminowych zwojów, doulosi układali je na dziedzińcu. Mężczyzna kierujący operacją, wysoki starzec byzantyńskiej morfy, ujrzał najpierw horrornych towarzyszących strategosowi (Berbelek zabrał ze sobą czworo żołnierzy), dopiero potem samego strategosa. Nie znał go, lecz oczywiście rozpoznał morfę. Skłonił się sztywno.

— Esthlos. O co chodzi?

— Tyś jest Meton Mesyta?

— Tak.

— Poszukuję pilnie pewnych tekstów, wasza biblioteka posiada ich kopie. Kto zarządza katalogami?

— Jak widzisz, esthlos, nie jest to najlepszy moment… Wyższe magazyny spłonęły, podziemia są zalane… Całą noc gasiliśmy pożary, czego nie strawił ogień, to zniszczyła woda. Nie wiemy jeszcze, ile uda się ocalić. Gdyby nie te ciągłe burze od morza, spłonęłoby wszystko. Sama odbudowa Biblioteki

— Tym się nie przejmuj, najpewniej w ogóle nie będziemy odbudowywać miasta. Z pewnością jednak —

— Co?

— Z pewnością jesteś w stanie wskazać mi człowieka —

— Co ty wyprawiasz?! Odsuń się!

To z kolei skierowane było nie do strategosa, lecz do Aurelii, która tymczasem oddaliła się od rozmawiających i krążąc między nierównymi barykadami z książek i zwojów (wynoszono tu także skrzynie z glinianymi tabliczkami oraz bębny zetlałych tkanin), natknęła się na oryginalne Pisma rzymskie Provegi i komplet komedii Ligajona w greckim wydaniu. Pochyliwszy się, zaczęła je kartkować. Musiała przeskoczyć z jej dłoni podświadoma iskra, bo zaczął się palić papier jednego z woluminów z sąsiedniego stosu.

Odstąpiła pośpiesznie. Podbiegł brodaty Babilończyk z mokrą szmatą w ręku, zgasił płomień.

— Co ty sobie właściwie wyobrażasz? — warczał z głębi skołtunionej, częściowo spalonej brody. — Żeby jeszcze po tym wszystkim przychodzić tu z ogniem! Wyrzuć tego tytońca!

Przed opuszczeniem pałacu Aurelia zgodnie z poleceniem esthlosa Berbeleka zdjęła była zbroję. Z pałacowej garderoby wybrała sobie natomiast kolorową induską spódnicę, przyzwoicie długą, acz wiązaną nisko na biodrach. Pamiętając o radach Alitei, znalazła także kilka tyleż bezużytecznych, co pięknych dodatków: naszyjnik jasno odbijający się błyszczącym srebrem od ciemnej skóry, luźne bransolety cygańskie, błękitne napalcówki ze skóry bazyliszka. Czyniąc do lustra głupie miny, na koniec obwiązała sobie jeszcze głowę ammejskim turbanem, czerwonym jak midajskie wino. Kim teraz była? Przebraniem czy tym, co przebrane? Jakie przebranie nosiła w swej nagości? Kim by pozostała po odjęciu ciała? Być może rację mieli, nazywając ją Panną Popielną, albowiem popiół będzie przecież jej Formą ostateczną. Tak naprawdę nie znamy własnej morfy, dopóki nie zderzymy jej z morfą obcą.

— Nie palę — mruknęła.

Brodacz zdawał się nie zwracać już na nią uwagi; wpółobrócony, wymieniał w nie znanym Aurelii języku gniewne okrzyki z innymi bibliotekarzami. Przyjrzała mu się lepiej. Był młodszy, niż oceniła na pierwszy rzut oka, brudna tunika, zmierzwione włosy i osmalona skóra maskowały go skutecznie. Sądząc wszakże po rubiowym sygnecie na szóstym palcu i gniewie w obecności strategosa Berbeleka, mógł być nawet aristokratą.

Перейти на страницу:

Похожие книги