Uśmiechali się już oboje. Im lżejszy ton i słowa bardziej żartobliwe, tym więcej prawdy w uśmiechu i morfie ciała. Teraz już decyduje krótkie mrugnięcie, półoddech, szelest jedwabiu i promień słoneczny drgający na krzywiźnie jej piersi.
— Nie będzie zazdrosny? — szepnął.
— Kto?
— Strategos.
— Może.
— Lubię, kiedy są zazdrośni.
— Wiesz co, lepiej jednak najpierw się umyj.
— Gdy tylko —
Wypadli zza ruiny, zadyszani: dwaj mężczyźni jednakiej żołnierskiej morfy, jednako usmoleni, nawet w dżibach podobnie podartych i ubłoconych.
— Wołałeś nas, esthlos?
Forma pękła jak bańka mydlana, Kykur i Aurelia odstąpili od siebie, zgasili uśmiechy, Aszamader puścił rękę Księżycanki, obrócił się do mężczyzn.
— Gdzieście się podziewali? — warknął.
— Zawalił się strop w —
— Nieważne. Wracamy do Szygedy. Marduku, jak wy wyglądacie!
— Esthlos, ty sam — Kykur zgromił ich wzrokiem.
— Teraz trudno dać wiarę — rzekł do Aurelii — ale jeszcze niedawno służyli w Szarej Gwardii Siedmiopalcego. Przyjechali tu kurować przyjaciela u pergamońskich teknitesów. Wiele zawdzięczają Aszamaderom.
Aurelia zastukała pyryktą o obaloną kolumnę.
— Ja jednak muszę wpierw pomówić ze strategosem. Wybacz, esthlos.
Kykur wyjrzał zza załomu gruzowiska na dziedziniec Biblioteki i machnął na Aurelię. Podążyli za nim.
Strategos Berbelek dyskutował tam o czymś z Metonem Mesytą. Dwaj z horrornych ściskali w objęciach związane powrozami grube paczki książek. Ujrzawszy Aurelię i esthlosa Aszamadera, Meton wskazał ich strategosowi.
Berbelek rzucił horrornym krótki rozkaz i podszedł do Aurelii. Zwróciła mu pyryktę. Berbelek przesunął wzrokiem od Księżycanki do Babilończyka i z powrotem. Uniósł brew. Czy Forma była aż tak oczywista? Aurelia uśmiechnęła się niepewnie i klasnęła dłonią o udo.
Kykur otworzył usta, lecz pod spojrzeniem strategosa zamilkł przed wypowiedzeniem pierwszego słowa. Berbelek trzasnął ryktą o cholewę jugra i odszedł. Odchodząc, obejrzał się jeszcze przez ramię na umorusanych ludzi Aszamadera, raz i drugi, i trzeci.
Kykur odetchnął głośno, a następnie teatralnym gestem otarł pot z czoła, rozmazując przy tym po twarzy szary popiół.
— No, skoro to przeżyliśmy, odtąd może się nam tylko szczęścić. Pozwolisz, esthle? — Po czym zwrócił się do Urcza i Zabachaja. — A jak nam jednak tymczasem ukradli te szkapy, łby pourywam. Swoją drogą, musicie mi kiedyś wyjaśnić, skąd nasz victor niezłomny zna parę takich hultajów jak wy.
Spojrzeli po sobie, skonsternowani.
— Nigdy wcześniej go nie widzieliśmy, esthlos. Przecież byśmy nie zapomnieli.
— Hyakinthos, młodzieniec wielu cnót i niezwykłej uroznany był ze swych przymiotów w całym Lakademonie.
Rozbudzał gorące uczucia zarówno pośród śmiertelnych, jak i nieśmiertelnych; nie oparł się jego urokowi sam Apollo. Przyjaźń i miłość między śmiertelnikiem i bogiem nawet jeśli jest prawdziwa, nigdy nie jest dla śmiertelnika bezpieczna. Zdarzyło się, iż Hyakinthos i Apollo popisywali się wzajem przed sobą biegłością w rzucaniu dyskiem. Hyakinthos cisnął go wysoko i daleko, lecz bóg jeszcze dalej. Młodzieniec, chcąc czym prędzej powtórzyć rzut i zaimponować kochankowi, pobiegł ku miejscu upadku dysku. Ten, spadłszy, odbił się od gruntu pod takim kątem, że trafił Hyakinthosa w skroń. Hyakinthos padł z roztrzaskaną głową. Krew tryskająca z rany zrosiła płatki rosnących tam kwiatów; keros ugiął się pod ciężarem rozpaczy boga i plamy krwawej czerwieni weszły na stałe do morfy owych roślin. Spójrz. Dlatego je tak nazywamy.
— Piękne.
— Proszę. Nie spal przypadkiem.
— Dziękuję.
— W innej wersji legendy to zazdrosny o Hyakinthosa Zefir nagłym podmuchem wiatru spowodował fatalną zmianę toru lotu dysku. Mhm, czy wiesz, dlaczego ci to opowiedziałem?
— Och, domyślam się. Wszyscy mu to mówią, Janna najgłośniej: jeszcze żaden śmiertelnik nie wyszedł dobrze na konszachtach z Potęgami, niech nie popełnia samobójstwa dla planu Pani, i tak dalej, i tak dalej. Ty następny, Kykur?
— Nie, nie, ja martwię się o ciebie, nie o strategosa Berbeleka, co mnie on obchodzi. Mówisz, że cię lubi, że cię szanuje, że zaprzyjaźniłaś się z jego córką. Możliwe. Wierzę, że tak jest. Na koniec wszakże — na koniec oni nas poetycznie opłakują, a to nasza krew wsiąka w ziemię.
— Jestem ryterem!
— Wiem, powtarzasz to bez przerwy, jakbyś sama bała się zapomnieć. Bo przecież przede wszystkim jesteś Aurelią; gdybyś tylko miała wolę, wyrwałabyś się z tej Formy i —
— Precz!
Odskoczył, te płomienie naprawdę paliły, zatliły mu się rękawy koszuli, jeszcze nawet nie zapiętej.