Aktorzy zeszli ze sceny już chwilę temu. Rozległ się werbel niewidocznych bębnów i w rytm tego werbla na deski wkroczył sam K’Ire, flankowany przez dwa czerwonookie sfinksy. Sfinksy ryknęły, bębny zamilkły, K’Ire wzniósł rękę ze złotym skeptronem — i już: nie musiał podnosić głosu, nie musiał nawet niczego mówić, wystarczyła sama jego obecność, poza, gest. Momentalnie ucichły rozmowy, publiczność zamarła, wpatrzona wyczekująco w wysokiego Gota. Bez słowa zwyciężył ich uwagę; ale też oni chcieli zostać zwyciężeni, za to zapłacili.

— Mógłbym prosić cię na słowo? — szepnął Pers, nachylając się ku Hieronimowi.

— Teraz? Co się stało?

— Zdaje się, że jest tu jeden z nimrodów Drugiej Grenadyjskiej. Znam go, chyba nie ma stałego kontraktu, dałby się skusić.

— Mhm, no dobrze.

Przepraszając siedzących, przeszli pośpiesznie pod boczną barierę widowni.

— Który to? — spytał pan Berbelek, rozglądając się po rzędach zapatrzonych na scenę twarzy. Klre zapowiadał pierwszy występ, rozpoczynało się widowisko.

— Skłamałem — rzekł Ihmet. — Nikogo nie widziałem. Jak długo znasz tę kobietę?

— Co? Kogo?

— Esthle Amitace, tak? Ją.

— O co ci chodzi?

— Najpierw mi powiedz. Jak długo?

— Tej zimy przyjechała do Vodenburga z Byzantionu. Do wuja. Nigdy nie widziana siostrzenica ministra. Przedstawiono nas sobie na jakimś przyjęciu u księcia, w Decembrisie czy Novembrisie.

Pers skrzywił się, szarpnął za wąsa. Sięgnął do kieszeni, wyjął bursztynową tytońcówkę, poczęstował Berbeleka. Hieronim, ulegając formie Zajdara, przyjął tytońca w milczeniu. Zapalili.

Nimrod oparł się barkiem o drewnianą barierę. Nie obracając tułowia, obejrzał się za siebie, ponad ramieniem, ku pierwszemu rzędowi — pan Berbelek podążył za jego spojrzeniem. Widzieli tylko szczyt pleców Szulimy i tył jej głowy, jasną koronę włosów, jak przedwidok owej korony niewidzialnej, ażurowego anthosu. Oglądała popisy kakomorficznych demiurgosow wraz z innymi, zapatrzona w arenę, nie wyczuła wzroku mężczyzn.

— W tysiąc sto sześćdziesiątym szóstym — zaczął powoli Zajdar, przerywając za każdym razem, gdy tłum wydawał okrzyki przerażenia lub głośne westchnienia — przestałem pracować w ochronie karawan kadzidlanego szlaku i przyjąłem pierwsze zlecenia na śródziemnomorskich trasach. Pływałem głównie na kaftorskich galerach, Aegipt, Rzym, Knossos, Grenada, Morze Czarne. Król Burz znowu przesuwał się na niebie, to był koniec spokojnej żeglugi po Śródziemnym. Wtedy też, jak zapewne pamiętasz, Czarnoksiężnik po raz trzeci opuścił uralskie twierdze i wyruszył na południe, chan musiał uciec przez Bosfor. Byzantion szykował się do wojny, ściągał strategosów, aresów, nawet nimrodów, sułtan wynajął Horror. Pływałem tam i na Krym. W lecie na Krym przybył Czarnoksiężnik. Książę Chersonezu złożył mu hołd. Odbyło się to publicznie, nad portem, na tarasach cytadeli; ścięto wszystkie drzewa i zburzono mur, by nie zasłaniał widoku. Musiałeś widzieć obrazy i ryciny. Ja tam byłem. Tłumy, jak okiem sięgnąć. W końcu — jak często nadarza się śmiertelnikowi okazja zajrzeć w twarz kratistosa?

Pan Berbelek zostawił to bez komentarza.

Ihmet Zajdar przerwał, by wypuścić krągły obłoczek dymu.

— Wszyscy klęczeli. Nawet jak udało się wstać, ciężko było wyprostować plecy, tamtego dnia co do jednego byliśmy niewolnikami. Upał. Kilkanaście kobiet urodziło przedwczesnie, na pewno słyszałeś o tych „dzieciach Czarnoksiężnika.” Trwało to bowiem od świtu do zmierzchu. Obrazy pokazują tylko sam moment złożenia hołdu przez Hesarę; to odbyło się rankiem. Potem jednak trwały niekończące się procesje, przemowy, błogosławieństwa, egzekucje. Czarnoksiężnik siedział na wielkim tronie ze szczęki węża morskiego, to akurat zgadza się z obrazami. On również posiadał swoją świtę: seneszala, gwardię aresów, dwóch namiestników Południa, oczywiście Iwana Karła. A po prawicy, jeszcze w cieniu baldachimu, siedziała kobieta w wystawnej kaftorskiej sukni. Kilkakrotnie nachylał się ku niej, rozmawiali, śmiał się, widziałem. Złote włosy, alexandryjskie piersi, jaskółcze brwi, wyprostowana. Zniknęła gdzieś po południu. Wiedziałem tylko, że nie należy do chersonezyjskiej aristokracji.

Pan Berbelek oderwał wzrok od wpółprzesłoniętej przez bliższych widzów sylwetki Amitace.

— Jak daleko stałeś? Sto, dwieście pusów?

— Jestem nimrodem, esthlos. Widzę, zapamiętuję, rozpoznaję. W lesie, na morzu, w tłumie — ułamek sekundy, twarz, zwierzę w buszu. Nie zapomnę nigdy.

— Więc co właściwie chcesz mi powiedzieć?

— To chyba oczywiste. — Pers rzucił i przydeptał tytońca. — Szczur Czarnoksiężnika.

Перейти на страницу:

Похожие книги