— Szkoda — sapnął esthlos Njute. — Przez chwilę miałem nadzieję, że oto spotkałem siostrę w wierze. Musi istnieć jednak jakiś powód, dla którego wybrałaś taki krzyż, esthle, skoro znasz jego pochodzenie.
— Czy gust determinuje wybór religii? Bez obrazy, ale ja nie mogłabym się tak obnosić z wizerunkiem narzędzia tortur, w tym kryje się jakaś perwersja.
— Ho, ho, ho, ja przecież tak tego nie zostawię! — zamachał rękoma ryter jeruzalemski. — Takie sądy rozgłaszane przez tych, co o samej religii niewiele wiedzą, więc powtarzają, co usłyszeli, one powstają, jak powstają plotki, z niczego, ze zbiegu przypadkowych słów, skojarzeń najpłytszych, z mętnej formy. Co ty w ogóle wiesz o Kristosie, esthle?
— Mhm, kratistos żydowski z czwartego wieku alexandryjskiej, jeszcze z dzikich kratistosów, opętany przez lokalny żydowski kult, skazany na ukrzyżowanie w politycznej sprawie, zdążył wciągnąć pod swoją Formę sporo Żydow. Podobno nie umarł na tym krzyżu, utrzymał ciało.
Co jeszcze? Zdaje się, że przypisywał sobie jakieś pokrewieństwo z Bogiem.
— Synem, był, jest Jego synem.
— Nigdy nie darzyłam wielkim respektem tych bogów stwierdziła z nieznacznym ironicznym uśmiechem Szulima — co to i ciało, i ambicje, żądze i kompleksy, wrogowie, przyjaciele i kochanki, tuziny dzieci, wszystko ludzkie. Człowieczeństwo razy sto nie równa się boskości.
— To właściwie jest Allah, Bóg muzułmanów — wtrącił pan Berbelek. — Prawda?
Kristoff złapał się za głowę.
— Kriste! Co wy opowiadacie! Muhammad przecie nam Go ukradł, pomieszało mu się w głowie pod anthosem AlKaby, no i tak to wyszło dla izmaelitów, wszystko poprzekręcane.
— Aa, więc to jest jednak Bóg Aristotelesa? — dopytywała się Szulima. — No to już nic nie rozumiem. Jak On mógłby mieć syna? Po co? Jaki sens? To się kupy nie trzyma. — Wydawszy wargi, schrupała resztę tulipana.
Kristoff prychnął głośno. Zaraz zacznie sobie rwać z głowy te rude kłaki, pomyślał Hieronim.
— Zawsze mi się wydawało — wtrącił się Ihmet, mrużąc oczy, gdy spoglądał w zamyśleniu ponad głowami Berbeleka i Amitace na zachodzące Słońce — od dzieciństwa właściwie… to jak z kulistością Ziemi albo z przepływem krwi w ciele, każdy człowiek prędzej czy później dochodzi do tego, po prostu obserwując świat i wyciągając wnioski. Także ludzie przed Aristotelem. Pytania są zawsze takie same. Dlaczego świat jest, jaki jest? Dlaczego jest w ogóle? Co było przedtem, skąd się wziął, jakie są Przyczyny? Czy mógłby być inny, a jeśli tak, to jaki, a jeśli nie, to dlaczego nie? Widzimy, jak z form prostych wyłaniają się formy złożone, jak z pustki rodzi się myśl, pod dłonią demiurgosa z bezkształtnego surowca powstaje skomplikowany artefakt. Więc i dla świata musi istnieć Cel, Forma doskonała, przyczyna ostateczna, która sama nie posiada przyczyny, albowiem wówczas cofać musielibyśmy się w nieskończoność. Jeśli zatem wszechświat, czas, byt posiada w ogóle początek, jest to właśnie taki początek: bezprzyczynowy, zupełny, zamknięty w sobie, doskonały. Z niego pochodzą wszystkie Formy, on przyciąga pierwotnie bezkształtną Materię ku kształtom coraz mu bliższym: planety, gwiazdy, księżyce — skąd bowiem by się wzięły w swych idealnych kulistościach, na idealnie kolistych orbitach, jeśli nie z narzuconej morfy tego kratistosa kratistosów? — morza i lądy, błoto i kamienie, rośliny i zwierzęta, i ludzie, i ludzie myślący, a pośród nich demiurgosi, teknitesi, kratistosi, coraz bliżsi Jemu. Wszyscy żyjemy w Jego anthosie, cały wszechświat znajduje się we wnętrzu Jego aury i z każdą chwilą bardziej podobny jest do Formy docelowej, coraz bardziej konkretny, ukształtowany, doskonały, boski. Na koniec bowiem istnieć będzie tylko jedna Substancja: On.
Pers mówił cicho, często zatrzymując się w poszukiwaniu odpowiedniego słowa, a kiedy skończył, uśmiechnął się przepraszająco.
— Ooo, to ja nie wiedziałem, że z pana taki sofistes! — pokręcił głową Kristoff.
— Tygodnie, miesiące pośrodku okeanosu… — wzruszył ramionami nimrod. — Cóż pozostaje? Gapić się w horyzont? Człowiek albo oszaleje, albo jednak dojdzie do pewnej eudajmonii, spokoju ducha, mhm, mądrości.
— No dobrze — westchnęła Szulima, łamiąc krzepnącą morfę chwili — ale co z tym Bogiem kristjan? Doskonałość nie miesza się w sprawy śmiertelników, wystarczy, że jest.
— Aha! — Njute wzniósł wyprostowany palec. — Czy doskonałość może posiadać uczucia? Litość na przykład? Współczucie, miłosierdzie, miłość?
Esthle Amitace skrzywiła się powątpiewająco.
— No i znowu zaczynamy dodawać do abstrakcji cechy ludzkie. Skończymy na Dzeusie lub Herze.
— Bo ty, esthle, mówisz o Bogu, który byłby spójny logicznie, a ja mówię o Bogu, w którego się wierzy.
Szulima wykonała wachlarzem niejasny gest.
— Przecie to jedno i to samo. Kto uwierzy w kwadratowe kołlo? Zresztą, o jakim Bogu mówił przed chwilą pan Zajdar?
— Przyznaję, że jako dziecku zoroasteryzmu — rzekł nimrod — bliższy jest mi Bóg Muhammada niż Kristosa. Ta cała historia z posłaniem na Ziemię Jego dziecka, i to niby na śmierć, w każdym razie w cierpienie, w niebezpieczeństwo