Musisz wiedzieć, dlaczego w ogóle utknąłem w tej Kolenicy. Głównodowodzący armii Vistulii, marszałek Sławski, z polecenia Kazimira III zarządził kontrofensywę wzdłuż karpackiego pogórza, Goci mieli natomiast pójść z północy i zepchnąć siły Czarnoksiężnika z powrotem na linię Moskwy. Na mapach wyglądało to jak klasyczna podkowa: przeciwnik albo sam się cofnie, albo będzie musiał walczyć na dwóch frontach, klęska na każdym równie tragiczna, albo zaryzykować uderzenie w pozornie odsłonięty środek z pewnością w pułapkę, która zamknie się zaraz w śmiertelny kocioł. Aby jednak przeprowadzić tę południowo-wschodnią kontrofensywę, Sławski potrzebował licznego wojska, i to złożonego z weteranów, i zebrał ich, uszczuplając dwu, trzykrotnie jednostki obsadzające wnętrze owej podkowy. W Martiusie miałem trzy tysiące ludzi, w Aprilisie został mi niecały tysiąc. Sławski rozumował poprawnie: nawet po takim osłabieniu obrońców strategosi Czarnoksiężnika musieliby być niespełna rozumu, by ruszyć na centralne twierdze Vistulii. Założenie było takie, że się cofną. Jak wiesz, nie cofnęli się.

Przez Aprilis utrzymaliśmy się bez większych problemów. Codziennie chadzałem na szczyt kolenickiego minaretu, miałem stamtąd doskonały widok na podgrodzie i pola, aż do puszczy. Przez kilka tygodni wypuszczałem jeszcze regularne zwiady konne, rozstawiłem posterunki w okolicznych wsiach w dorzeczu Vistuli na linii trzystu stadionów, utrzymywaliśmy stałą łączność z Cracovią. W istocie odpowiadałem za blisko tysiącstadionową linię frontu, od Brotty do Cierebuża, podlegała mi większość garnizonów Mazovii. W teorii, to jest według strategii Sławskiego, powinienem był dostawać od nich i od sztabu codzienne raporty o ruchach wojsk Moskwy i na pierwsze oznaki odwrotu przesunąć za nimi cały centralny front; byłem więc głównodowodzącym Armii Zachód i taką klęskę zapisano mi w księgach. Raporty jednak od początku nadchodziły rzadko i z opóźnieniem, jeśli w ogóle, a własne posterunki i czujki musiałem zwinąć, gdy wróg podciągnął większe siły, jednej nocy spalili nam trzy wsie, to była granica rozsądnego ryzyka. Zwiady też wracały coraz bardziej poszarpane. Z przesłuchań pochwyconych języków wiedziałem, że oto podchodzi do nas Trepiej Słoneczko, wnuk Iwana Karła, z około dziesięciotysięczną hordą uralską. Oczywiście od razu posłałem umyślnego do Cracovii, bo to była informacja wskazująca, iż zdecydowali się jednak na strategię frontalnego ataku; spodziewałem się natychmiastowych wzmocnień. Wzmocnienia nie nadeszły, zostaliśmy odcięci, Trepiej wszedł głęboko i obsadził wszystkie mosty i brody przed i za nami. Przyszło zdać się na gołębie. Ale to już była loteria. Moskwianie przywieźli ze sobą przemyślnie podmorfowane jastrzębie, dziewięć na dziesięć posłańczych ptaków dopadały one jeszcze na niebie nad Kolenicą, widzieliśmy, jak rozszarpują je na strzępy. Tak czy owak, Sławski nakazywał nam „utrzymanie grodu za wszelką cenę”, Kolenicą była punktem kluczowym, najeźdźca nie mógł zostawić jej sobie za plecami, ominąć — dlatego właśnie powierzono ją Hieronimowi Berbelekowi.

Byliśmy dobrze przygotowani do oblężenia. Ściągnąłem wcześniej demiurgosów ge dla reperacji murów miejskich, zgromadziłem zapasy, pogłębiłem studnie. W Kolenicy mieszkał też od lat półdziki teknites somy, do Martiusa nikt nawet nie zachorował. Potem rozpoczęła się wymiana ognia, pyresidery grzmiały dniem i nocą, ofiary były nie do uniknięcia. Pewien jednak jestem, że Trepiej znacznie bardziej ucierpiał, miałem dobrych żołnierzy, dobrych aresów, wprawnych puszkarzy, sięgaliśmy zawsze dalej, strzelaliśmy celniej, rozbijaliśmy pyresidery i prochownie Moskwian. Raz spróbowali otwartego szturmu, odparliśmy praktycznie bez strat. Morale było dobre, w moim wojsku morale zawsze było dobre. Poprowadziłem dwie nocne wycieczki, spaliliśmy im część taboru. Pozostawało kwestią czasu, kiedy podciągnie do nas Sławski, z posiłkami albo zamykając okrążenie od południa. Co prawda, tamci mieli ze sobą dedemiurgosa meteo, od tygodni nie spadła ni kropla deszczu, wszystko wyschło na wiór. Liczyli na pożar — ale solidnie przeszkoliłem mieszczan, zniszczenia były minimalne. Trzymaliśmy się.

Перейти на страницу:

Похожие книги