— Ten porządek jest powszechny — powiedziała, spoglądając na Abla — i tak samo dotyczy ludzi, jak zwierząt i roślin; wszystkiego, co żywe i co chce żyć. Weź za przykład dowolne dwa psy. W jakichkolwiek okolicznościach by się nie spotkały, zaczną się obszczekiwać i tarmosić, dopóki jeden nie podda się drugiemu, nie uzna jego wyższości i swojej podległości. A czy ludzie powstali ze zwierząt od razu jako królowie i kratistosi, słudzy i niewolnicy? Nie. Lecz za każdym razem, gdy spotyka się dwoje nieznajomych dochodzi do starcia ich woli, próby podporządkowania w mniej lub bardziej subtelnej formie. Teraz, gdy żyjemy w cywilizacji, nie zawsze jest to widoczne na pierwszy rzut oka. Na początku jednak, w dziczy, zmagania były brutalne, niczym nie ograniczone. Ukorz się lub zginiesz! Ile jesteś w stanie zaryzykować dla swej wolności, niepodległości Formy? Bo w końcu zawsze zagrać trzeba o stawkę najwyższą. Wolisz śmierć czy życie pod cudzą wolą? I jedni się uginali, wyżej ceniąc spokojny, bezpieczny żywot, i z tych wywodzą się niewolnicy, chłopi, lud posłuszny; ale inni, tych jest mniej, nie mogą znieść żadnego upokorzenia, prędzej się złamią, niż ugną, ich Forma jest zbyt twarda — i z nich wywodzi się aristokracja.
— Wiem, wiem, ale… — zająknął się Abel.
— Ale. — Cmoknęła esthle Amitace. — Ale my, z wysokiej krwi, możemy się między sobą przyznać do naszych prawdziwych lęków. Esthlos Latek ma rację, podważając tezę esthlosa Reucka. Skoro bowiem ci starożytni Herdończycy żyli kiedyś w zdrowych strukturach, skoro mieli cywilizację, a teraz — nawet wodza hordy nie potrafią wskazać… to nie jest pewna i nasza przyszłość. Żadna Forma nie jest dana raz na zawsze. Ci, którzy rodzą się już na górze i nie muszą walczyć o swoje tu miejsce, im najtrudniej zaryzykować wszystko, gdy powstanie ktoś, kto nie ugnie karku i rzuci wyzwanie; i on nie będzie miał nic do stracenia, a oni — wszystkie bogactwa świata. Łatwiej, bezpieczniej, prościej oddać mu odrobinę tych bogactw. I następną. I następną. Wspomnijcie, jaki był los rodu Alexandra.
— Który stanowi ostrzeżenie dla nas wszystkich — mruknął książę, rzucając Rumii ostre spojrzenie; Abel dostrzegł je i z trudem stłumił uśmiech, pochylając się nad talerzem.
— Mhmmm, więc właśnie, mhmmm, to ich spotkało, mhmmm, zdziczenie, zdziczenie.
— Ach, mój drogi ambasadorze — esthle Amitace sięgnęła ku niemu ponad stołem, musnęła palcami przedramię — my wiemy, że to prawda. Tym bardziej należy publicznie jej zaprzeczać. Po co zachęcać ambitnych marzycieli? Jak mówi esthlos Latek: „ta Forma nigdy nie była im dana”.
— Zaiste, odyseuszowy umysł — skwitował książę, unosząc kielich w toaście dla Szulimy.
Po kolacji, gdy wszyscy rozeszli się po kątach wielkiej sali, by prowadzić w cieniu szeptane rozmowy (książę z ambasadorem pożegnali się pierwsi), Alitea szybko zniknęła gdzieś wraz Iaxą, a ojciec oddalił się wkrótce potem, ująwszy pod ramię esthle Amitace — i Abel został sam. Nie wiedział, co ze sobą począć. Lokaje i strażnicy w czarnoczerwonych strojach stali, posągowo nieruchomi, pod ścianami i przy drzwiach, niby na nikogo nie patrząc, ale czuł na sobie także ich wzrok, równie nieprzyjazny, co owych uwiecznionych na portretach przodków Rumii. Odsuwając się byle dalej od nich, zatrzymał się w końcu przy oknach wychodzących na frontowy dziedziniec pałacu. Ciemność spowijała miasto, ciemność gęsto inkrustowana światłami tysięcy okien i latarni. Kiedyś pałac książęcy stał daleko poza granicami przedmieść Vodenburga, lecz przez stulecia miasto podpełzło także pod Wzgórza Neurga i otoczyło ze wszystkich stron książęcą parcelę: sam pałac, labirynt budynków gospodarczych, stajnie i powozownie, słynne Ogrody. Nie widział ich stąd, nie widział, gdy zajeżdżali przed główne wejście. Czy istotnie ciężki jak nagrobny kamień anthos Grzegorza Czarnego zmorfował tam ziemię, stal, rośliny i zwierzęta w jednego wielkiego, pół żywego, pół martwego architektonicznego potwora? Przycisnął policzek do szyby, lecz widok przesłaniało zachodnie skrzydło pałacu.
Dopiero gdy poczuł jej zapach i oddech, spostrzegł jej obecność. Odskoczył. Przyglądała mu się, przekrzywiwszy głowę, z rękoma założonymi pod piersiami, w całości ukrytymi pod zasznurowanym gorsetem ciemnogranatowej sukni Włosy, znak Neurga, tak samo ogniście czerwone jak u brata, matki, ciotki, babki i dziadka, otaczały jej twarz płomienną aurą, prawie widział rozchodzące się od niej fale deformacji kerosu. To rozpieszczona dziewczyna, pomyślał, nie może być wiele starsza ode mnie, na Jowisza, przecież jestem szlachetnej krwi, dlaczegóż miałbym, nie, nie pokłonię się, nie schylę głowy, nie będę się wygłupiał. Uśmiech, dwuznaczne słowa, jasne spojrzenie — oto jest droga.
Powoli wyciągnęła do niego rękę.
Padł na kolana. Nie patrząc, sięgnął trzęsącą się dłonią, z zamkniętymi oczyma ucałował wypielęgnowane palce. Serce biło mu zbyt szybko, by zliczyć uderzenia, nie potrafiłby zliczyć do trzech, czerwony, spocony, oddychający przez usta.