Rumia podeszła pół kroku bliżej. Wgniatała go w posadzkę. Woń kwiatowych pachnideł zamykała mu nozdrza. Za chwilę straci przytomność. Omal zaszlochał z rozpaczy. Pragnął skręcić jej kark, pragnął wyssać oddech spomiędzy jej warg, jasność z oczu, ach, jeszcze spojrzeć w nie, niechby na wieczność w tych oczach.

Czy ona coś mówiła? Nie słyszał przez rzężenie własnego oddechu.

Zadrżał, gdy złożyła dłoń na jego głowie. Głaskała go po włosach. Nachyliła się nad nim, poczuł to, choć nie patrzył.

— Wstań.

Musiał wstać, wstanie, nie zbłaźni się przed nią, ona chce, żeby wstał. Wstał.

— Czy teraz już wiesz, jaki jest porządek świata?

Skinął głową.

Niespodziewanie zachichotała, trzepnęła go piąstką w ramię; prawie fizycznie poczuł zmianę Formy — wypuścił z płuc powietrze, cofnął się o krok, uniósł powieki.

Uśmiechała się filuternie, rozpieszczona dziewczyna, nie starsza od niego.

— Chcesz zobaczyć Ogrody?

W odpowiedzi wyszczerzył się cwaniacko.

Pan Berbelek dostrzegł ich wychodzących bocznymi drzwiami, jego syn i wnuczka księcia, i wskazał wzrokiem Szulimie. Pokiwała głową.

— Jak ćmy do ognia.

Rozmawiali właśnie o polityce, postarał się był skierować dialog ku sojuszowi Jana Czarnobrodego z Siedmiopalcym, Czarnoksiężnik musiał w nim wypłynąć prędzej czy później. Gdy już się to stało, na krótką chwilę zaskoczyła go nieskrywanym jadem w swych słowach; zaraz jednak przedłożył nad owo wrażenie zimną myśl: tak właśnie powinna się maskować.

— Koźli syn — przeklinała — pomiot Szeolu! Pomyśl, jak mogłaby wyglądać Europa, gdyby nie ten cuchnący wrzód. Nie mogę pojąć, czemu to przeciw niemu się nie zjednoczą, czemu jego wreszcie nie wygnają! Ale nie, zawsze tylko te gierki, jednodniowe przymierza, papier, papier i papier, oczywiście żaden nie spotka się twarzą w twarz, nie uściśnie dłoni, nie posmakuje szczerości drugiego. Kratistosi — to zrozumiałe, nigdy nie mogą się spotkać; ale królowie, wysocy aristokraci, władcy Materii? Mają siłę, mogliby to zrobić. Ale nie, naśladują, idioci, kratistosów, wszystko po staremu: przez pośredników i pośredników pośredników — i potem wszyscy się dziwią, czemu Czarnoksiężnik znowu zwycięża, następnego pochwycił w swą sieć.

Król-kratistos Siedmiopalcy, władca Babilonu i krain przyległych, pozostawał bodaj jedynym naprawdę szczerym sprzymierzeńcem Czarnoksiężnika — w odróżnieniu od niezliczonych zastępów tych, którzy składali Czarnoksiężnikowi hołd, ponieważ nie mogli go nie złożyć. Siedmiopalcy stał przy nim jeszcze w czasie Wojen Kratistosów, złączył z jego Formą swoją podczas wygnania kratisty Illei. Sojusz Siedmiopalcego z Janem Czarnobrodym oznaczał zaciśnięcie politycznego imadła między Azją Mniejszą i Macedonią, w istocie na dobre odcinał od wszelkiego bezpośredniego wsparcia ze wschodu niepodległe kraje zachodniej Europy.

— Twarzą w twarz… — mruknął pan Berbelek. — Wtedy ulegaliby mu jeszcze szybciej.

— Och, przepraszam, że otworzyłam tę ranę, esthlos — rzekła, ścisnąwszy go za ramię, i gdyby nie ten uścisk, byłby pewien, że szydzi z niego; a tak tylko zmarszczył brwi, zmieszany. Odstawiła swój kielich na podsuniętą przez lokaja tacę i na powrót ujęła Hieronima pod ramię. — Proszę mi wybaczyć, jeśli… Ja oczywiście dobrze wiedziałam, kim jesteś, już gdy cię po raz pierwszy ujrzałam, wtedy, na przyjęciu u Löke; ty mnie nie widziałeś, esthlos. Upijałeś się w kącie cały wieczór, chociaż i to bez przekonania, wyszedłeś trzeźwy. Żałosny koniec bohaterów, pomyślałam. O kim się czyta w dziełach historycznych, tego lepiej nie spotykać osobiście, zawsze rozczarowanie. Ale teraz wiem lepiej. Ty nigdy nie zostałeś złamany, esthlos, ciebie nie można złamać. Cofnąłeś się tylko za mury fortecy i poddałeś zewnętrzne szańce. — Ścisnęła go ponownie. — Chciałabym zobaczyć, jak na powrót wznosisz sztandary.

Wyszli już na zachodni taras. Ponurzy strażnicy stali tu wzdłuż kamiennej balustrady, we wzniesionych rękach dzierżąc białe lampiony.

Pan Berbelek starał się obserwować Szulimę kątem oka, nie zwracając ku niej twarzy; cienie od lampionów oszukiwały go — co oznacza jej półuśmiech? ironię, litość, pogardę? Kiedyś po takiej łamanej liryce z ust kobiety pomyślałby: chce zostać uwiedziona, prosi o to. Teraz zaś jedynie wspominał dawne skojarzenia.

Ale oczywiście jej Forma była taka: wieczorny flirt dworski. Może istotnie pomysł ożywienia starego bohatera zagrał na ambicji esthle Amitace, jakaż większa satysfakcja dla kobiety niż obudzenie mężczyzny w mężczyźnie, może więc ona naprawdę —

Otrząsnął się.

— Ja mam znajomych w Byzantionie — rzekł sucho. Zdążyliśmy wymienić listy na twój temat, esthle.

Nie zwolniła uścisku. Obróciła się lekko, wyglądając na nocną panoramę Vodenburga i morza. Nie spuszczał wzroku z twarzy Szulimy. Uśmiech zniknął, ale to wszystko; nie zdradziła się. Czy popełnił błąd, blefując? Chwila była odpowiednia.

Перейти на страницу:

Похожие книги