Czekał, aż ona coś powie, tak albo tak, rzuci kontroskarżenie, zaśmieje się, rozpłacze, bezczelnie zaprzeczy, cokolwiek. Ale nie, nic. Powoli wyzwolił ramię, odsunął się. Wyjął tytońcówkę. Lokaj podał ogień. Pan Berbelek zaciągnął się dymem. Szulima stała zapatrzona na Vodenburg, postukując paznokciami w białych napalcówkach o chropowaty kamień balustrady.
Kiedy w końcu się poruszyła, dał się zaskoczyć. Zanim skupił spojrzenie, stała tuż przed nim, oko w oko, oddech w oddech — pochylała się nad Hieronimem przez dym.
— Polecisz ze mną do Alexandrii? — spytała cicho.
Nie odwrócił wzroku; może to był ten błąd. (Więc tam ją zabijesz).
— Tak — odparł.
Pocałowała go szybko w policzek.
— Dzięki.
I odeszła, stukając energicznie obcasami.
Powoli dopalił tytońca.
Alitea zasnęła już w powozie. Porte zaniósł ją do łóżka W Ablu jednak zbyt wiele się jeszcze gotowało. Nawet gdy pan Berbelek na koniec zmusił go, by usiadł w jednym z foteli w bibliotece, młodzieniec nadal przeciągał się, strzelał palcami, zakładał nogę na nogę, to znów na odwrót, to zarzucał je na poręcz fotela, gwizdał pod nosem a w przerwach walił pięścią w udo — samemu zapewne nie zdając sobie z tego sprawy. Hieronima to dłuższą chwilę bawiło, dopóki nie zamyślił się nad źródłem owego rozbawienia i nie przypomniał sobie otworzonych potajemnie listów. Odwróciwszy wzrok, przełknął gorzką ślinę.
Tereza przyniosła czarną theę, podziękował i podał synowi gorącą czarę.
— Jesteś świadom, że one mają takich zabawek setki — mruknął, nie patrząc na Abla.
— Kto?
— One. Syreny dworskie.
— Jak esthle Amitace? — odciął się Abel.
— Tak — odparł spokojnie pan Berbelek, siadając w fotelu po przekątnej.
Raz już tutaj tak rozmawiali. Przez powtórzenie miejsca, pory i gestów powrócili do tamtej Formy, noc złączyła się z nocą, wypowiedziane z niewypowiedzianym. Czy coś się między nimi tymczasem zmieniło? Cóż, Abel nie zwracał się już doń w trzeciej osobie.
— Tak, esthle Amitace, esthle Neurg, one — mówił pan Berbelek, siorbiąc słoną ciecz. — Dlaczego aristokracja żeni się między sobą? Ponieważ nie jest możliwa żadna równość uczuć między psem a jego właścicielem: pies jest posiadany, właściciel posiada. Oczywiście, może również tak wytresować zwierzę, by szczerze go kochało.
Abel poczerwieniał. Długo bawił się czarą, nie podnosząc wzroku.
— Wiem — mruknął wreszcie. — Ale ja przecież również jestem szlachetnej krwi.
— Dlatego w ogóle chciała się tobą bawić. Byle niewolnik nie dałby jej satysfakcji. Przypuszczam, że za łatwo uległeś, drugi raz się już tobą nie zainteresuje. W Bresli nie stykałeś się nigdy z wysoką aristokracją?
— Nie. — Odstawił czarę, spojrzał na ojca. — Ale ty masz przecież wielkie doświadczenie, żyłeś między nimi, byłeś jednym z nich, prawda?
Pan Berbelek pokiwał głową, ignorując zadziorny ton Abla.
— Po pewnym czasie przestaje się wierzyć w prawdziwość innych ludzi. Jeśli zachowują się w twojej obecności jak bezwolne przedmioty, są przedmiotami. Z przedmiotami nie rozmawiasz, przedmiotów nie darzysz uczuciami, co najwyżej kolekcjonujesz. Szukasz towarzystwa innych podobnych tobie; z radością witasz każdego, kto potrafi ci się w najmniejszej sprawie sprzeciwić. W tych krótkich chwilach nie jesteś samotny. Rumia — ona jeszcze ma nadzieję, daruj jej.
— Czy to dlatego cię oszczędził? Bo się sprzeciwiłeś?
— Kto? Ach, on.
— Dlatego?
Pan Berbelek zerknął na zegar. Dochodziła druga. Tereza, wychodząc, zatrzasnęła była drzwi biblioteki, zamknęła noc na zewnątrz. Wszyscy śpią, mrok spowija metropolię, tutaj strzegą nas przed nim jedynie chybotliwe płomienie ogni pyrokijnych pod matowymi kloszami, to stosowna chwila. Pan Berbelek — czara z niedopitą theą w lewej dłoni, prawa dłoń na sercu — pochyla się ku synowi i zaczyna mówić.
ε
Jak Czarnoksiężnik
Krzesiwa przestały krzesać skry, zapałki przestały się zapalać, z keraunetów i pyresider nie dało się już strzelać — po tym poznaliśmy, iż przybył Czarnoksiężnik.
Pierwsze samobójstwa wśród żołnierzy nastąpiły już nazajutrz wieczorem. Był to drugi miesiąc oblężenia i miałem pod swoim dowództwem blisko siedmiuset ludzi, nie licząc sześciu tysięcy mieszkańców Kolenicy, którzy pozostali w domach. Nikt nie prowadził rachuby samobójstw mieszczan.
W owym czasie chodziłem w morfie wielkiego strategosa, wojska zaprzysięgały lojalność na sam mój widok, bitwy wygrywały się, ledwo spojrzałem na pole, rozkazy były wykonywane, zanim do końca je wypowiedziałem, czułem, jak keros ugina się pod moimi stopami, miałem ponad siedem pusów wzrostu, nie było w Kolenicy łoża wystarczająco dużego, miałem dwadzieścia cztery lata i nigdy dotąd nie przegrałem bitwy, armie, zamki, miasta, krainy, wszystko przede mną, nie było marzenia wystarczająco dużego. Potem przybył Czarnoksiężnik.