Pierwszego dnia „Al-Hawidża” często zmieniała aleje wiatrów, wznosili się i opadali, pneumatory pracowały pełną parą, napędzając likotowe skrzydła wiatraków, na dodatek więc do wszystkich innych sensacji przez cały aerostat przebiegało nieustannie delikatne drżenie, to w szybszych, to w wolniejszych falach — i Alitea zaczęła cierpieć na mdłości już po pierwszej godzinie. Na obiad jeszcze przyszła, ale nie jadła nic; Abel droczył się z nią, pożerając z uśmiechem płaty czerwonego mięsa. Alitea, lekko blada, wachlując się z energią grożącą zwichnięciem nadgarstka, dla odwrócenia własnej uwagi wdała się w ożywioną rozmowę z sąsiadem. Był to Zabachaj, jeden z trzech Babilończyków (kabiny Z, H, N), młodych gwardzistów Siedmiopalcego, wracających do domu przez Aegipt. Dwaj zostali zwali się Urcz i Kistej lub Gistej — tego ostatniego bowiem bardzo trudno było zrozumieć, jąkał się i seplenił, wpadając przy tym w nerwowy dygot. Towarzysze tłumaczyli, iż otrzymał tak niefortunny cios w głowę podczas jakiejś niedawnej bójki karczemnej; morfa Nabuchodonozora miała pomóc mu pozbierać się do kupy. Tymczasem pokazywały się już pierwsze oznaki zatraty Formy: Gistejowi poczęły rosnąć włosy na powiekach i wnętrzach dłoni, z chrząstki lewego ucha wyłonił się paznokieć, a skóra na przedramionach zmieniała barwę, pokrywając się fioletowymi plamami. Ponoć nie mógł on także zasnąć inaczej niż na stojąco, a przez sen gryzł drewno, półki i krzesła. Podczas posiłków wszyscy zerkali nań podejrzliwie. Ostatnim pasażerem (kabina M) była rodowita Neurgijka w średnim wieku, regularnie co kilka miesięcy podróżująca do Biblioteki Alexandryjskiej z ramienia Akademei Vodenburskiej (jak wspomniał kapitan). Ubierała się w męskie szalwary, ręce miała całe w nordyckich tatuażach. Podczas pierwszego obiadu z miejsca upiła się czerwonym winem. Zasnąwszy, chrapała głośno. Szulima strzeliła wachlarzem i Wawzar, szarpiąc się za brodę, zawołał dwóch pokładowych doulosów, oni prawie przemocą zawlekli zataczającą się Neurgijkę do jej kabiny. Pan Berbelek nie poznał wówczas jej imienia. — Upijając się — zacytował klasyka Ihmet Zajdar, gdy zamknęły się drzwi za doulosami — człowiek dobrowolnie idzie w niewolę. — Zazawsze miałem si-i-ilną gło-głowę — stwierdził Kistej. Rozmawiano po ocku i grecku. Pan Berbelek jadł w milczeniu. Nikt nie zwracał na niego uwagi.
Wieczorem wyszedł na tytońca na pokład widokowy. Plany ofensywy powinno się obmyślać w spokoju, w chwilach całkowitego oderwania emocjonalnego, zimnej obojętności wobec ojczyzny i wroga. Podobnie plany zbrodni. Miejsce. Czas. Metoda. Czy będę musiał spojrzeć jej w twarz. (A jeśli ona jednak nie przychodzi od Czarnoksiężnika?) Czy będę musiał. Zaciągał się głęboko ciepłym dymem. Będę musiał.
Świnia kołysała się pod jego stopami, przeskakiwali właśnie z grzbietu jednego wiatru na drugi, złapał się likotowej siatki. Pochylony, spojrzał w dół. Wicher świstał mu między calcami, zmierzwił włosy, zgasił tytońca. Zachodzące Słońce rozciągnęło na wszystkich nierównościach ziemi i arabeskach krajobrazu wodniste cienie, „Al-Hawidża” leciała nad krainą tysiąca jezior zmierzchu. Doliny, wąwozy, zbocza, wszystko zalane cieniem, z wysokości nie widać, czy coś jeszcze porusza się w tym potopie mroku, jeździec — ledwo dostrzegalna kropka, łódź rzeczna — biały żagiel, wytknięty ponad powierzchnię zalewiska. Tylko gdy wpatrzyć się w jeden wybrany szczegół, zakotwiczyć na nim wzrok, tylko wtedy można zauważyć jego ruch, powolną, jednostajną ucieczkę.
Pan Berbelek usłyszał skrzypnięcie drzwi.
— Jak ona się czuje? — spytał.
— Zasnęła, już nie wymiotuje — odparł Abel. — Porte dał jej jakieś zioła. Niewolnica pani Amitace przyniosła list do ciebie. Jak wysoko jesteśmy? Gdyby ta siatka puściła…
— Nie puści. — Pan Berbelek wyrzucił tytońca, wicher zaraz go porwał, nie ujrzeli spadającego ku ziemi niedopałka. — W Alexandrii… ustanowię dla was fundusz rentierski, dam ci prawa wykonawcy, Alitea przejmie zarząd swoją częścią, gdy skończy szesnaście lat; będziecie zabezpieczeni.
— Pojedziecie z Zajdarem na polowanie? Nic ci się nie stanie. Zabierz mnie, nie jestem dzieckiem, nie musisz się mną opiekować. O co w ogóle chodzi? Gdybyś zginął, i tak dziedziczymy po tobie, prawda?
— Nieważne, nie przejmuj się.
— Kapitan obiecał pokazać mi jutro makinownię.
— Miło z jego strony. Obejrzeli się obaj w prawo, gdy z kabiny N wyszedł na pokład widokowy Gistej. Ukłonił się lekko; odkłonili się. Potem zaczął nucić coś pod nosem, rytmicznie kiwając się na piętach. Wrócili do środka.