List od esthle Amitace nie dotyczył tego, czego się spodziewał Hieronim. Być może będę mogła pomóc twojej córce. Przyjdę po zmierzchu. Pozwolisz? Poślij służącego. No tak, widziała przecież, jak pod koniec obiadu dziewczyna zielenieje na twarzy i prawie ucieka od stołu; i potem w korytarzu, zgiętą w pół. A na wieczerzę już Alitea nie przyszła i Amitace oczywiście zaczęła się dopytywać. Naprawdę ją to obchodzi, czy też po prostu chce się wkupić w moje łaski, zamydlić oczy? Posłał Antona.

Szulima zjawiła się razem ze swoją niewolnicą, czarnowłosą dziewczyną rzymskiej morfy, o długich, smukłych kończynach i śnieżnobiałym uśmiechu. Zueia obudziła delikatnie Aliteę. Pan Berbelek spojrzał pytająco na Szulimę. Wskazała drzwi na balkon.

Było już bardzo zimno, kobiety owinęły się dodatkowo szalami, Hieronim narzucił na siebie humijowy płaszcz. Przy dziobie i rufie paliły się lampy olejne, a przez wąskie okienka padało na zewnątrz światło z kabin — lecz ledwo Abel zamknął za sobą drzwi, owinęła się wokół nich gęsta noc.

Noc, ale przeszywana żółtoczerwonym blaskiem księżycowym. Księżyc był w pełni, ciężka latarnia pyrokijna zawieszona pośrodku nieboskłonu — gdy spojrzeć nań wprost, prawie oślepiał. Gisteja chyba naprawdę oślepił, Babilończyk stał w bezruchu, wparty plecami w ścianę, z oczyma szeroko otwartymi, ślina ciekła mu po brodzie.

— Śpi — mruknął Abel.

— Zostawcie mnie — jęczała nie do końca rozbudzona Alitea — o co chodzi, nawet wyspać się nie można, Abel, no powiedz im

— Ciiii. — Szulima objęła Aliteę ramieniem, nachylić się ku niej; drugą ręką ujęła ją delikatnie pod brodę i obróciła jej twarz ku Księżycowi — Popatrz — szeptała — on nie jest nieruchomy, on płynie, wszyscy płyniemy razem z nim fala na fali, na fali, nie możesz się opierać, nie możesz się sprzeciwiać, płyniesz razem z nim, płyniesz razem z nami. Weź.

Zueia, która na moment zniknęła, pojawiła się teraz z metalową misą wypełnioną do połowy wodą. Podała ją Alitei. Dziewczyna, mrugając, spojrzała na Abla, na ojca, na Szulimę, na misę, z powrotem na Szulimę, i z wahaniem przyjęła naczynie.

Esthle Amitace odstąpiła od Alitei.

— Wyprostuj ręce — mówiła. — Odsuń się od ściany, stoisz na własnych nogach, nikt cię nie przewróci. Spójrz na jego odbicie. Płyniesz. Nie odwracaj wzroku! Płyniesz, nie możesz się przewrócić. Ona wcale nie jest ciężka. Unosisz się na czystych falach. Spokój. Ciało dobrze wie. Patrz.

Pan Berbelek założył ręce na piersi, ściągając poły płaszcza.

— Co to za goeteia? — syknął na Szulimę. — Czary dobre są dla pospólstwa, przecież nie wierzysz w te głupoty.

— Ciii. — Nawet nie odwróciła głowy. — Żadne czary. Nie powiesz mi, że ty nie uczyłeś swoich żołnierzy jakichś prymitywnych sposobów na oszukiwanie pragnienia, ignorowanie bólu, obronę przed strachem. To zawsze są podobne sztuczki, pozwalające nam łatwiej nagiąć swoją formę do konieczności. Człowiek dlatego jest człowiekiem, że potrafi się zmienić podług własnej woli, to prawda, ale przecież nie oznacza to, że wszyscy jesteśmy równi boskim wyobrażeniom o nas samych. To nie jest takie proste. Trzeba umieć oszukiwać, okłamywać samego siebie. Nie przeszkadzaj, esthlos.

Alitea stała zapatrzona w odbicie Księżyca w srebrnej wodzie w okrągłej misie trzymanej na wysokości piersi, długie, ciemne włosy opadały prostymi kurtynami — czy istotnie nie odrywała wzroku od jasnego refleksu, czy też zasnęła tak, zahipnotyzowana, ona i kakomorficzny Babilończyk tylko że ona stoi o własnych siłach, bose stopy na drewnianym pokładzie, nogi uginają się, zanim jeszcze świnia się zakołysze, w przód, w tył, na boki, Księżyc nie wyleje się z misy, nie ma prawa, płyną na jednej fali.

Abel chrząknął, pan Berbelek uniósł spojrzenie. W którejś chwili, gdy nie patrzyli, ze swojej kabiny wyszła akademejska bibliotekarka. W nie dopiętym chimacie, z nadgryzionym jabłkiem w dłoni, oddychała teraz głęboko nocnym powietrzem, oparta barkiem o drzwi. Gisteja miała tuż po prawej, ale naturalnie obserwowała nie jego, lecz to zaaranżowane przez Amitace misterium wody i Księżyca. Hieronim na moment pochwycił wzrok Neurgijki: trzeźwe, skupione spojrzenie.

— Zzzimno, mór by to — mruknął Abel, szczękając zębami, i skrył się w swojej kabinie.

— Długo jeszcze? — spytał pan Berbelek.

Amitace uniosła rękę, osunął się szeroki rękaw ciemnej sukni.

— Cisza, proszę.

Перейти на страницу:

Похожие книги