Ani Abel, ani Alitea nie zjawili się na kolacji. Jadł sam. Ognie pirokijne rzucały na ściany i meble nieruchome, miodowe cienie. Każde szczęknięcie sztućców rozlegało się głuchym trzaskiem. Przysłuchiwał się dźwiękom dochodzącym z własnych ust, gdy gryzł mięso i żuł jarzyny. Również zdawały się ogłuszające, jakiś huk wilgotny szedł po kościach szczęki do uszu i skroni, aż prawie musiał przymykać oczy. Nie był głodny, nie po obfitym obiedzie zaserwowanym przez Skellę; ale jadł, jeść należało. Myśli wędrowały swobodnie, gdy ciało poddawało się rytuałowi. Należało też zająć się interesami. Ihmet ostatecznie zgodził się był przynajmniej znaleźć dla NIB porządnych nimrodów na stałe kontrakty. Esthlos Njute, rzecz jasna, chciał Zajdarowi zapisać prowizję należną agentowi, lecz Hieronim wyperswadował mu to; Kristoff naprawdę nie ma za grosz wyczucia. Jeśli jednak Pers nie znajdzie tych zastępców szybko, nic go nie utrzyma w Vodenburgu. A złapać tak nagle dobrego nimroda można tylko w jeden sposób: podkupując go konkurencji. Toteż Hieronim nie powinien Zajdara spuszczać z oczu — trzeba się ruszać, podejmować zobowiązania, stawiać się wobec konieczności, robić, co należy, pieniądze, pieniądze — jutro zaraz z rana uda się więc do Domu Skelli, gdzie Njute, Ikita te Berbelek opłaca Ihmetowi pokój…

Pan Berbelek przeszedł do biblioteki. Zapaliwszy od świecy tytońca, zapadł w narożny fotel. Tereza zaglądnęła przez uchylone drzwi, jak zwykle przed udaniem się na spoczynek, pytając, czy aby czegoś esthlos nie potrzebuje, może czarnej thei — ale nie, podziękował. Dom pogrążył się w ciszy. Czasami zza okien dobiegł stukot kopyt, gdy przetaczała się brukowaną ulicą nocna dorożka; czasami głos ludzki.

— Mogę?

Pan Berbelek mało nie upuścił tytońca.

— Proszę.

Abel delikatnie zamknął za sobą drzwi biblioteki. Hieronim odłożył tytońca do popielniczki. Przyglądał się formom, jakie przyjmuje w półmroku dym. Abel skorzystał z sytuacji i podszedł bliżej, zatrzymując się przed wpółukrytą przez ciężkie kotary rzeźbą Kalliope.

— Ona chce jechać do Tolosy, do wujostwa — rzekł. Pan Berbelek przesunął dłonią w powietrzu, dym wirował wokół palców.

— Opłacę wam podróż.

— Nie jestem pewien, czy to najlepszy pomysł.

— Unosisz się honorem? Macie jakieś oszczędności?

— Z tą Tolosą. Nie jestem pewien. Ale pan bardzo chce się nas pozbyć.

— Nie jesteś pewien?

— Trochę pochopna decyzja, po jednej rozmowie. Nie sądzi pan?

Pan Berbelek spojrzał na syna. Abel tylko raz zamrugał, poza tym utrzymał formę.

— To już będzie rozmowa druga — rzekł esthlos. — Wahasz się?

— Pan chce się nas pozbyć.

Hieronim rozgniótł resztkę tytońca, po czym wskazał synowi krzesło przy regale. Abel usiadł, zmierzył ojca wzrokiem, wstał, przysunął krzesło dwa kroki bliżej i usiadł ponownie.

Pan Berbelek postukiwał sygnetem Szarańczy w poręcz fotela. Przyglądał się chłopcu spod opuszczonych powiek.

— Pewnie masz rację — mruknął. — Pewnie wolałbym tak… Czy zniesiesz odrobinę nieświeżej szczerości?

— Proszę.

— Ze mnie jest żaden ojciec, Abel. Ze mnie w ogóle jest żaden mężczyzna, człowiek rozrąbany na pół i zlepiony ze szczątków, tyle zostało. Nie użalam się w tej chwili nad sobą; mówię, jak jest. To, co przetrwało z Hieronima Berbeleka po Kolenicy… Gruz i popiół tu widzisz. I trochę gnoju Czarnoksiężnika. Więc pewnie jest w tym też doza egoizmu. Niemniej byłoby to również dla waszego dobra oderwać się od mojej morfy, chociaż słabej, ale krew przecież czyni was podatnymi, uciec więc czym prędzej, póki glina twarda. Tak sądzę. Nie byłem przekonany, lecz kiedy was zobaczyłem… — Wykonał powolny gest lewą ręką, tą z sygnetem, jakby obrysowując w półmroku sylwetkę chłopca. — Ile masz lat?

— Szesnaście. Prawie.

— Tak. Alitea skończyła czternaście.

— W Decembrze.

— To niebezpieczny wiek, człowiek jest wówczas najbardziej podatny, trzeba być niezwykle ostrożnym, pod jaką morfą się żyje, czym nasiąka. Nie chcielibyście za dwadzieścia lat rozpoznać w sobie odcisk — tu zacisnął dłoń w pięść i opuścił na poręcz — odcisk mojej ręki.

Abel był wyraźnie zmieszany. Przesuwał się na siedzeniu krzesła, drapał po głowie; spojrzenie co chwila uciekało mu od ojca — ku rzeźbie, książkom, kolorowym kloszom pyrokijnym.

— Ja nie wiem, może ma pan rację. Ale — zaciął się i podjął od nowa — ale to zawsze działa w obie strony: jeśli tak się pan zmienił, jeśli tak wiele utracił, to czyja morfa przywróci i odbuduje więcej prawdziwego Hieronima Berbeleka, jak nie morfa rodzonych jego dzieci?

Pan Berbelek zdumiał się wyraźnie.

— Nie bardzo wiem, co ty sobie wyobrażasz. Wybacz, że to nie jest bajka: przyjeżdżasz, ratujesz ojca, szczęśliwa rodzina, bohaterskie dzieci.

— Dlaczego nie? — Abel aż pochylił się ku Hieronimowi. — Dlaczego nie? Czyż psy nie upodobniają się do swoich właścicieli, właściciele do swoich psów, małżonkowie do siebie nawzajem, czyż kobiety żyjące pod jednym dachem nie krwawią o tym samym Księżycu? O ile dziecko stanowi ejdolos rodzica, o tyle rodzic stanowi ejdolos dziecka.

Перейти на страницу:

Похожие книги