Starszy strażnik, obserwujący je kątem oka, parsknął krótkim śmiechem, urwanym zaraz,

gdy kobieta zeskoczyła z siodła i w kilku krokach znalazła się tuż przed Key’lą. Otworzył

usta, jakby chciał zaprotestować, ale zrezygnował.

– Mordercy? Gdybyście tu nie przyjechali, nie musielibyśmy was zabijać – zasyczała. –

Spluń jeszcze raz, a osobiście dopilnuję, żebyś nie umarła przez dziesięć dni. No już! Pluj!

Dziesięć dni... dziesięć...

Ślina, którą miała w ustach, wyschła.

– Mieliście tu nie wracać! Przez was... Nie, przez ciebie... On się waha. Może zginąć. Inni

też. Sądzisz, że nie widzimy, że jesteśmy ślepi...? Powiesili cię tak, żeby wszyscy widzieli.

Mała dziewczynka na hakach. Nie płacze, nie łka, nie szlocha. Jest taka dzielna, że nawet

urodzeni Sahrendey, choć wiedzą, z jakiego plemienia się wywodzi, pytają nas, dlaczego nie

wyświadczymy jej łaski. Zasłużyła, mówią. Wyświadczcie jej łaskę, mówią. Ludzie się

łamią... przypominają sobie... Odbierasz nam siłę!

Kobieta przerwała, dysząc jak po ciężkim biegu. Górną wargę pokrywały jej kropelki

potu.

– Łaskę... Mój mąż przysłał mnie, żebym ci ją ofiarowała. Grupa jeźdźców może

przejechać obok ciebie. Kilka strzał... dobrze mierzymy, nie będzie bolało bardziej niż teraz.

Nie będą szukać winnych przed bitwą, a po okaże się, że strzelcy zginęli w walce. Ale musisz

się zgodzić, inaczej będzie to zwykłe morderstwo. Przyjmiesz łaskę? Może wtedy duchy

przyjdą do drewnianych słupów, jeszcze ich nie ma... Jakby się od nas odwróciły! Może o to

im chodzi... Zgodzisz się? Przyjmiesz?!

Łaska... Dobrzy ludzie wyświadczają łaskę strzałą z ostrym grotem. Mordercy dzieci.

– Po bitwie – wyszeptała. – Zanim bitwa się skończy... w ogóle niewielu was zostanie...

tam czeka...

– ... Martwy Kwiat.

Spojrzała kobiecie w oczy, czarne i spokojne. Ona naprawdę wiedziała, znała szyk,

którego Verdanno używali tylko wtedy, gdy zamierzali bić się do końca. Szyk, który trudno

ustawić i z którego praktycznie nie daje się podnieść karawany prędzej niż po wielu

godzinach żmudnej pracy. Najpierw budowano z wozów bojowych olbrzymie koło, w którym

umieszczano wszystkie konie, potem umacniano przylegające do niego półokręgi, i kolejne

przylegające do tych pierwszych. Jakby dziecko rysowało patykiem na śniegu kwiatek: kółko

i płatki. Te zewnętrzne budowano z wozów mieszkalnych i transportowych, najdelikatniejsze

płatki najdalej od serca. A wokół Kwiatu, w kilkunastu miejscach, Liście. Okręgi po

kilkadziesiąt wozów, znajdujące się co najmniej trzysta jardów za najdalszym płatkiem.

Mające spowolnić atak i zmusić wroga do rozproszenia sił.

Wozy ustawiano pod różnymi kątami, z niektórych zdejmowano koła, by nie dało ich się

przeciągnąć po ziemi, inne przewracano na bok i mocowano do powbijanych pali. Niektóre

półokręgi nie przylegały ściśle do sąsiadów, by dało się wypuścić z nich rydwany. To

wszystko zajmowało dużo czasu, lecz tworzyło labirynt, który trzeba było szturmować linia

po linii. Za każdym razem, gdy wróg zdobył jedną ścianę, stawał przed kolejną, jeszcze

potężniejszą. Jego oddziały nie widziały się nawzajem, nie wiedziały, czy atak innych się

powiódł, czy mają iść naprzód, czy się cofać. Żeby zdobyć serce obozu, trzeba było pokonać

nawet dziesięć półokręgów. Czasem więcej. Dziesięć linii śmierci.

Co nie zmieniało faktu, że Martwy Kwiat tylko mógł się bić do samego końca. Albo wróg

uznawał się za pokonanego i rezygnował, albo wszyscy ginęli. Nie dało się go podnieść i

ruszyć w drogę, nim przeciwnik nie uciekł, a ten z pewnością nie ucieknie.

– Tak, wiem, co to oznacza. Będziecie się bić do końca, żeby dać czas reszcie. Ale to nie

ma znaczenia, bo najgorszy wróg już jest w waszym obozie. – Saonra patrzyła jej w oczy,

jakby szukała śladu rozpaczy. – Pragnienie. Konie, które zdobyto w czasie walki z waszymi

rydwanami, piły, jakby od dwóch dni szczędzono im wody. Czym ugasicie zapalone strzały?

Co powstrzyma czary niosące płomień? Jutro Martwy Kwiat zwiędnie.

Oblizała usta szybkim, nerwowym ruchem.

– A ty? Przyjmiesz łaskę?

– Łaskę? Żebym nie mogła patrzeć, jak będziecie ginąć?

Spojrzenie podmalowanych oczu stwardniało.

– Jak sobie życzysz, sawenjo.

Odeszła.

Ból pozostał.

* * *

Zmrok nadchodził szybko, lecz ukradkiem. Chmury zasłaniały słońce, więc niebo po

prostu zaczęło ciemnieć, malując się coraz brudniejszymi szarościami, by wreszcie przykryć

całą nieckę czarną płachtą. Nie było nic widać dalej niż na trzydzieści kroków.

Obozowiska były gotowe do walki. Demonstracja siły zrobiła swoje, Verdanno

zatrzymali się i zamienili karawanę w opancerzoną twierdzę. Lecz twierdzę opancerzoną

jedynie drewnem i ziemią, a Wolne Plemiona zdobywały już i takie z kamieni i skał.

Yawenyr stał na przedpolu, obserwując szykujących się do walki wojowników Danu

Перейти на страницу:

Поиск

Книга жанров

Похожие книги