wojowników, który wysuwa się przed główną kolumnę, by sprawdzać okolicę, szukać źródeł i

najlepszych pastwisk. Jak równiną idzie dwa tysiące wozów, to nie mogą poruszać się na

oślep. Czasem znane źródła wysychają, a pastwiska żyzne zeszłego roku – dziś okazują się

jałowe. Karawana to zbyt dużo gąb do wykarmienia, by zdawać się na los. Weh’leyd to nasze

zmysły w czasie wędrówki. Staliście się częścią karawany.

Machnął wychudzoną dłonią w stronę drzwi wozu.

– Jesteśmy dumnym ludem. Gdy spotkałeś je po raz pierwszy, byłeś obcym mężczyzną w

obozie ich ojca. Niewartym słowa. Teraz jesteś dowódcą Wehleyd, z którym znajomość

przynosi zaszczyt. Gdybyś zechciał, Nee’wa wzięłaby cię na męża.

Zza drzwi dobiegło oburzone parsknięcie. Uchyliły się, ukazując czerwoną twarz średniej

siostry.

– Słyszałam to, czarowniku.

– Wiem o tym. A teraz przestań podsłuchiwać i zajmij się, jak Key’la, czymś

pożytecznym.

– Jeszcze zobaczę, jak płaczesz, starcze! – Trzasnęła drzwiami.

– Pierwsza wdała się w matkę, najmłodsza w ojca, a ta odziedziczyła złośliwość i

bezczelność chyba po prababce. Pamiętam ją, potrafiła skwasić mleko jednym słowem. Ale

nie o tym chciałeś mówić, prawda?

– Nie. – Kenneth nagle poczuł się zakłopotany, a pomysł, który przyszedł mu do głowy

dwie godziny temu, teraz wydawał się banalny i głupi. – Pamiętasz, jak opowiadałeś o tych

małych białych kwiatkach, które wiosną rozkwitają za górami?

Vilore’de, dzieci słońca. Nie spotkałem ich nigdzie poza naszą wyżyną. – Has

uśmiechnął się blado.

– Przeszliśmy dziś na drugą stronę, budowniczy już utwardza drogę i wyrównuje grzbiet

ostrogi. – Kenneth zawahał się, sięgając po małą wiklinową skrzynkę, z którą przyszedł. –

Zeszliśmy na dół, tak, żeby tylko zobaczyć, jaka ziemia jest na tej waszej wyżynie, żeby

poczuć ją pod stopami, i...

– I żeby dotrzeć tam, gdzie nie dotarły inne kompanie?

– Chyba tak. I one tam już rosną, te twoje kwiatki, czarowniku.

Wyjął ostrożnie mały bukiecik. Kwiaty miały żółte środki, a ich główki tonęły w koronie

drobnych białych płatków. Pachniały trochę miętą i trochę rumiankiem.

Has wyciągnął rękę, ostrożnie, jakby bał się, że podarunek zaraz zniknie, dotknął palcami

białych płatków, i tak zamarł.

Kenneth delikatnie wsunął mu bukiecik w dłoń.

– Większość moich ludzi sądzi, że zbierałem je, by zbałamucić jakąś waszą ślicznotkę i

jeśli kiedykolwiek wyprowadzisz ich z błędu, pożałujesz, że dzisiaj nie umarłeś. And’ewers

twierdzi, że nie wypuści cię z wozu przez kilka dni, więc pomyślałem, że zrobię choć tyle.

Czarownik nie uśmiechnął się, tylko delikatnie gładził palcami białe główki. Oczy miał

przymknięte.

– Czy wiesz – odezwał się szeptem – że dopiero teraz wierzę, że przejdziemy? Nie, gdy

planowaliśmy to szaleństwo, nie, gdy wiązaliśmy sojusze i układy, ani nawet nie, gdy

wchodziłem w tunel, a skały kruszyły się pod dotykiem duchów. Tylko teraz, gdy mam je w

ręku... wierzę.

Kenneth skinął głową i bez słowa wyszedł.

Zamknął drzwi i oparł się o nie plecami.

– Możemy już wejść?

To była ta młodsza. Starsza siedziała z boku i patrzyła na niego bykiem. No tak,

propozycja małżeństwa.

– Na waszym miejscu poczekałbym, póki nie zawoła.

– Orne kazała...

– Jeśli teraz wejdziecie, ogon może okazać się waszym najmniejszym problemem.

Poczekałbym.

Zmarszczyła brwi.

– Ale żyje?

Uśmiechnął się, stwierdzając, że podoba mu się poczucie humoru Wozaków.

– Chyba po raz pierwszy od wielu lat.

Kenneth mrugnął do niej, wywołując uśmiech, i ruszył w stronę szczeliny. Jego kompania

czekała po drugiej stronie.

* * *

Grzbiet ostrogi był wąski i całkowicie nieprzejezdny, ale Verdanno mieli swoich

budowniczych, a ci pokazali już, że urodzili się do pracy z drewnem, kamieniem i ziemią. Na

szczycie rozpoczęto układać belki, podpierano je z obu stron pionowymi słupami, pod spód

ładowano kamienie i ziemię, a całość przykrywano setkami desek, częściowo wydartych z

rozbieranych wozów. Przy konstrukcji pracowało naraz ponad dwa tysiące ludzi i zjazd rósł w

oczach.

Kenneth widział pośpiech w ich ruchach, nerwową niecierpliwość, a spojrzenia, jakie

rzucali na wschód, na rozległą lekko pofałdowaną równinę, płonęły. Gdyby mogli, znieśliby

swoje wozy na plecach i już wyruszyli. Jedyną osobą odporną na gorączkę wędrówki zdawał

się główny budowniczy. Ger’serens chodził wzdłuż powstającej konstrukcji, mierzył, liczył,

sprawdzał, poklepywał ją i opukiwał. Porucznik był świadkiem, jak kazał rozbierać spory

odcinek powstającej drogi, dosypywać ziemi i ubijać ją ciężkimi młotami. Ale nikt nie

narzekał, świadomość, że od tej pracy zależy szybkość i bezpieczeństwo ostatniego etapu

podróży, skutecznie kneblowały usta.

Czerwone Szóstki odpoczywały na dole, u stóp ostrogi. Między żołnierzami płonęło kilka

ognisk, bulgotały kociołki, a zapachy drażniły nozdrza. Większość strażników ułożyła się po

Перейти на страницу:

Поиск

Книга жанров

Похожие книги