Maksym nie sprzeciwiał mu się. Przyszło mu nagle do głowy, że pole ostatniej wieży najprawdopodobniej kończy się gdzieś w tej okolicy, a pewnie nawet już się skończyło, bo ostatni posterunek powinien stać na samej granicy skrajnego pola… Niech się wygada, na zaludnionej wyspie słowa się nie liczą… Wymyślaj sobie, wymyślaj, ja cię i tak wyciągnę, nic tam po tobie… Od kogoś trzeba zacząć, będziesz więc pierwszym. Nie chcę, abyś był marionetką, gdybyś nawet lubił być marionetką.

Zwymyślawszy Maksyma Gaj zeskoczył do kabiny i zaczął tam majstrować usiłując zatrzymać czołg. Nie udało mu się to, wyszedł więc, już w hełmie, bardzo rzeczowy i milczący. Najwyraźniej zamierzał zeskoczyć w biegu i wrócić. Rozpierała go złość. Maksym spojrzał nań, chwycił za spodnie, posadził obok siebie i zaczął wyjaśniać sytuację.

Mówił ponad godzinę, przerywając tylko wtedy, kiedy musiał wyrównać bieg czołgu na zakrętach. Mówił, a Gaj słuchał. Początkowo usiłował przerywać, zatykał uszy i chciał zeskakiwać w biegu. Ale Maksym mówił i mówił, powtarzał jedno i to samo po kilka razy z rzędu, wyjaśniał, tłumaczył, przekonywał. Gaj wreszcie zaczął słuchać uważniej, potem zamyślił się, posmutniał, wepchnął obie ręce pod hełm i gwałtownie podrapał się w czuprynę, a później nagle sam przeszedł do natarcia i zaczął po inkwizytorsku wypytywać Maksyma, skąd to wszystko wie i kto mu udowodni, że to wszystko nie jest kłamstwem, i jak można w to uwierzyć, skoro to jest oczywisty wymysł… Maksym przygważdżał go faktami, a kiedy faktów brakowało, przysięgał, że mówi prawdę, a kiedy i tego było mało, nazywał Gaja tępakiem, marionetką i robotem. Tymczasem czołg toczył się ciągle na Południe, coraz głębiej wdzierając się do kraju mutantów.

— No dobrze! — powiedział wreszcie Maksym z wściekłością. — Zaraz to wszystko sprawdzimy. Według moich obliczeń już dawno wyjechaliśmy ze strefy promieniowania, a obecnie jest mniej więcej za dziesięć dziesiąta. Co wy wszyscy robicie o dziesiątej?

— O dziesiątej zero, zero — mruknął ponuro Gaj — jest poranny apel.

— Właśnie. Ustawiacie się w szeregi, zaczynacie ryczej idiotyczne hymny i pękacie z entuzjazmu. Pamiętasz?

— Entuzjazm mamy we krwi — oświadczył Gaj.

— Entuzjazm wbijają wam do waszych zakutych pałek — zaoponował Maksym. — Nie szkodzi, zaraz zobaczymy, jaki to entuzjazm masz we krwi. Która godzina?

— Za siedem — powiedział mrocznie Gaj.

Przez jakiś czas jechali w milczeniu.

— No? — zapytał Maksym.

Gaj spojrzał na zegarek i niepewnym głosem zaśpiewał: „Naprzód, legioniści, naprzód, dzielni chłopcy…” Maksym obserwował go z ironicznym uśmiechem. Gaj zająknął się i pomylił słowa.

— Przestań się na mnie gapić! — powiedział ze złością. — Przeszkadzasz mi! A w ogóle, jaki może być entuzjazm poza szykiem?

— Daj spokój — powiedział Maksym. — Poza szykiem zdarzało ci się wrzeszczeć tak samo jak i w szyku. Strach było patrzeć na ciebie i na wujaszka Kaana. Jeden ryczy „Marsz bojowy”, drugi wyśpiewuje „Chwałę Płomiennym”. W dodatku jeszcze Rada… No gdzie entuzjazm? Gdzie twoja miłość do Chorążych?

— Nie waż się! — powiedział Gaj. — Nie waż się tak mówić o Chorążych. Nawet jeśli to, co opowiedziałeś, jest prawdą, to Chorążych po prostu oszukano.

— Któż to ich oszukał?

— Nnno… Mało łajdaków…

— To znaczy, że Chorążowie nie są wszechmocni? To znaczy, że nie o wszystkim wiedzą?

— Nie życzę sobie rozmawiać na ten temat — uciął Gaj.

Posmutniał, zgarbił się, twarz mu się jeszcze bardziej skurczyła, oczy zmętniały, dolna warga opadła. Maksym przypomniał sobie nagle Fisztę-Cebulę i Kotrę— Pięknisia z aresztanckiego wagonu. To byli narkomani, nieszczęśliwi ludzie, którzy nawykli do zażywania szczególnie silnych środków odurzających. Męczyli się straszliwie bez tej swojej trucizny, nie jedli, nie pili, i całymi dniami siedzieli tak właśnie, ze zgasłymi oczami i opadniętą wargą.

— Boli cię coś? — zapytał Gaja.

— Nie — odpowiedział Gaj bełkotliwie.

— To czemuś tak się nastroszył?

— Tak jakoś… — Gaj rozpiął kołnierzyk i niemrawo pokręcił głową. — Jakoś mi niedobrze… Położę się, co?

Nie czekając na odpowiedź Maksyma zsunął się do kabiny i zwinął się tam w kłębek na podściółce z gałęzi. Tak to wygląda! — pomyślał Maksym. — To nie jest takie proste, jak przypuszczałem… Nawała promienista?… Nie, z pola wyjechaliśmy prawie dwie godziny temu… Może to właśnie brak pola jest dla niego szkodliwy? Może zachoruje? Patrzył przez otwór włazu na bladą twarz przyjaciela i rosło w nim przerażenie. W końcu nie wytrzymał, zeskoczył do środka, wyłączył silnik, wyciągnął Gaja na zewnątrz i położył na trawie u pobocza drogi.

Перейти на страницу:

Похожие книги