No, tutaj też się obejdzie bez kłopotów — pomyślał Maksym. — Tu jest koniec świata i wszyscy mają wszystko głęboko w nosie. Ale pomylił się. Żołnierze przestali opędzać się od komarów i zagapili się na czołg. Potem jeden z nich, chudy i bardzo do kogoś podobny, poprawił hełm na głowie, wyszedł na środek szosy i podniósł rękę do góry. Nie powinieneś tego robić — pomyślał Maksym z żalem. — Po co ci to potrzebne? Postanowiłem tędy przejechać i przejadę… — Ześliznął się w dół, usadowił się wygodnie przy dźwigniach i postawił nogę na pedale akceleratora. Teraz dodam gazu — pomyślał Maksym — ryknę jak należy i on odskoczy… A jeśli nie odskoczy — dodał w duchu z nagłą złością — to cóż, na wojnie, jak na wojnie…
Nagle rozpoznał tego żołnierza. Przed nim na drodze stał Gaj, wychudły, zmęczony, zarośnięty szczeciną, w workowatym żołnierskim kombinezonie. „Gaj… — wymamrotał Maksym. — Biedaku… Co mam teraz robić?” — Zdjął nogę z pedału i wyłączył sprzęgło. Czołg zwolnił i zatrzymał się. Gaj opuścił rękę i bez pośpiechu podszedł do niego. Wtedy Maksym aż się zaśmiał z radości. Wszystko się bardzo dobrze złożyło. Znowu włączył sprzęgło i przygotował się.
— Hej! — krzyknął Gaj groźnym głosem i zastukał kolbą po pancerzu. — Coś za jeden?
Maksym milczał śmiejąc się tylko cichutko.
— Jest tam kto? — w głosie Gaja pojawił się cień niepewności.
Potem jego podkute obcasy załomotały po pancerzu, lewy właz się otworzył i Gaj wsunął się do kabiny. Zobaczył Maksyma, otworzył usta i w tej samej chwili Maksym chwycił go za kombinezon, szarpał ku sobie, powalił na gałęzie pod nogami i przycisnął… Czołg ryknął ogłuszająco i skoczył do przodu. Rozwalę silnik — pomyślał Maksym. — Gaj szarpał się i podskakiwał. Hełm opadł mu na twarz, niczego nie widział i tylko szamotał się na oślep, próbując wydobyć spod siebie automat. Przedział wypełnił się nagle hukiem i jazgotem, najwidoczniej w rufę uderzyły automaty i cekaem. To nie było groźne, ale nieprzyjemne i Maksym z niecierpliwością patrzył, jak wolno zbliża się ściana lasu. Jeszcze trochę, jeszcze i oto już pierwsze krzewy… Ktoś kraciasty umknął z drogi… Nareszcie dokoła rozpościerał się las, kule nie stukają po pancerzu i szosa w przodzie jest wolna na setki kilometrów.
Gaj wreszcie wyciągnął spod siebie automat, ale wtedy Maksym zdarł z niego hełm, zobaczył jego spoconą twarz z wyszczerzonymi zębami i roześmiał się, kiedy wściekłość, przerażenie i żądza krwi ustąpiły miejsca najpierw zmieszaniu, potem zdumieniu, a wreszcie radości. Gaj poruszył wargami, najwidoczniej powiedział: „Massaraksz!” Maksym porzucił dźwignie i przycisnął go do siebie, mokrego, chudego i zarosniętego, objął i wytarmosił, a potem wypuścił i trzymając za ramiona powiedział: „Gaj, przyjacielu, jakże się cieszę!” — Absolutnie nic nie było słychać, wyjrzał więc przez wizjer i zobaczył, że szosa była nadal pusta. Zablokował z powrotem ręczny gaz, wgramolił się na górę i pociągnął za sobą Gaja.
— Massaraksz! — powiedział oszołomiony Gaj. — To znowu ty!
— Nie cieszysz się? Bo ja bardzo! — Maksym dopiero teraz zrozumiał, jak bardzo nie chciało mu się jechać na Południe w pojedynkę.
— Co to wszystko znaczy? — krzyknął Gaj. Pierwsza radość już minęła i teraz niespokojnie rozglądał się na boki. — Dokąd ty mnie wieziesz? Po co?
— Na Południe! — odkrzyknął Maksym. — Mam już dosyć twojego gościnnego kraju!
— Ucieczka?
— Tak!
— Zwariowałeś? Darowano ci życie!
— Kto mi podarował życie?! Życie jest moje! Należy tylko do mnie!
Rozmawiali z trudem, bo trzeba było krzyczeć i jakoś mimo woli zamiast przyjacielskiej pogawędki wychodziła kłótnia. Maksym zeskoczył do kabiny i zmniejszył obroty. Czołg zwolnił i przycichł. Kiedy Maksym wyszedł na zewnątrz, Gaj siedział naburmuszony i zdecydowany.
— Mam obowiązek przyprowadzić cię z powrotem — oświadczył twardo.
— A ja mam obowiązek wyrwać cię stąd — odparł na to Maksym równie twardym tonem.
— Nie rozumiem… Zupełnie zwariowałeś! — Stąd nie można uciec. Trzeba wrócić… Massaraksz, wracać również nie możesz, bo cię rozstrzelają… A na Południu nas zjedzą… Niech cię diabli wezmą razem z twoim szaleństwem! Przylepiłeś się do mnie jak fałszywa moneta…
— Poczekaj, nie wrzeszcz — powiedział Maksym. — Zaraz ci wszystko wytłumaczę.
— Nie chcę nic słyszeć. Zatrzymaj czołg!
— Poczekaj — namawiał Maksym. — Daj mi opowiedzieć!
Ale Gaj nie życzył sobie żadnych opowiadań. Gaj żądał, aby ten bezprawnie zagarnięty pojazd został bezzwłocznie zatrzymany i zawrócony. Maksym został dwukrotnie, trzykrotnie i czterokrotnie zwymyślany od bałwanów. Wrzask „massaraksz” zagłuszał łoskot silnika. Sytuacja, massaraksz, była okropna. Była, massaraksz, bez wyjścia! Przed nimi, massaraksz, była pewna śmierć. Za nimi, massaraksz, również. Maksym był zawsze durniem i wariatem, massaraksz, ale ten jego wybryk, massaraksz, będzie z pewnością ostatnim, massaraksz i massaraksz…