Dobra — pomyślał smętnie Gaj — dam sobie radę. Przecież Maksym mi to rozkazał. Nie człowiek, nie Ogniowładny, nie Bóg tylko Maksym. I powiedział jeszcze: „Wściekaj się! Jak tylko to cię dopadnie, staraj się przypomnieć, kto i po co cię do tego przyuczył, wściekaj się i zbieraj w sobie nienawiść. Wkrótce ci się przyda, bo nie jesteś sam, jest was ponad czterdzieści milionów, takich samych jak ty ogłupionych i zatrutych biedaków”. Trudno uwierzyć, massaraksz, przecież całe życie człowiek był w wojsku, przez całe życie wiedział, na jakim świecie żyje, wszystko było jasne i proste, kiedy stało się w szeregu i dobrze było być takim samym jak wszyscy. Dobrze było. Ale musiał zjawić się, rozkochać w sobie, złamać karierę, a potem dosłownie za kołnierz wyciągnąć z szeregu i rzucić w inny świat, w inne życie, w którym i cel jest niejasny, i środki do jego osiągnięcia niejasne, i gdzie — po stokroć massaraksz! — trzeba o wszystkim myśleć samemu… Tak. Złapał za kołnierz, podsunął pod nos wszystko co najdroższe i rodzime, pokazał gniazdo i sztandar — i dowiódł, że wszystko to szambo, paskudztwo i łgarstwo… Jak się przyjrzeć, to rzeczywiście wszystko wygląda bardzo nieładnie, rzygać się chce na wspomnienie samego siebie i najlepszych kumpli, a o panu rotmistrzu Czaczu to już w ogóle szkoda gadać! Gaj z wściekłością wbił na miejsce zamek, szczęknął zapadką i sflaczał. Znów napadła go apatia i zabrakło siły woli, żeby wstawić magazynek. Paskudnie, och, jak paskudnie się poczuł!

Otworzyły się zwichrowane, skrzypiące drzwi i w szparze ukazał się malutki, zaaferowany pyszczek, dość nawet sympatyczny, jeśli komuś nie przeszkadza łysa czaszka i zaczerwienione powieki bez rzęs. To była Tanga, córeczka sąsiadów.

— Wujaszek Mak kazali przyjść na plac! Tam już wszyscy się zebrali i tylko na was czekają!

Gaj popatrzył na nią ciężkim wzrokiem. Zobaczył chude ciałko w sukienczynie z workowego płótna, nienormalnie cienkie patyczkowate łapki pokryte brunatnymi plamami, krzywe nóżki ze spuchniętymi kolanami i omal nie zwymiotował. Zrobiło mu się wstyd. Przecież ten dzieciak nie jest winien, że tak wygląda. A kto jest winien? Odwrócił oczy i powiedział:

— Nie pójdę. Powiedz, że źle się czuję. Zachorowałem.

Drzwi znów skrzypnęły i kiedy uniósł oczy, dziewczynki już nie było. Ze złością rzucił automat na pryczę, podszedł do okna i wyjrzał. Dziewczynka pędziła między resztkami ścian, wąwozem, który kiedyś był ulicą; ruszył za nią jakiś berbeć, przekuśtykał parę kroczków, potknął się, przewrócił, uniósł głowę, poleżał przez chwilę, a potem ryknął dudniącym basem. Z gruzów wybiegła matka. Gaj odskoczył od okna, potrząsnął głową i wrócił do stołu. Nie, nie umiem się przyzwyczaić, nie mogę. Widać zły ze mnie człowiek… Ale jakbym dorwał tego, kto za to wszystko odpowiada! Dlaczego jednak nie mogę się przyzwyczaić? Mój Boże, przez ten miesiąc tyle się tu różności napatrzyłem, że wystarczy na sto koszmarnych snów.

Mutanci żyli w małych wspólnotach. Niektórzy koczowali, polowali, szukali lepszego miejsca, szukali drogi na Północ omijającej karabiny maszynowe legionistów i straszliwe okolice, gdzie wariowali i marli jak muchy od paraliżującego bólu głowy; niektórzy prowadzili osiadły tryb życia na farmach i w wioszczynach ocalałych po przetoczeniu się frontu i eksplozjach trzech bomb jądrowych, z których jedna wybuchła nad miastem, a dwie w jego okolicach, pozostawiając po sobie kilometrowe łysiny błyszczącego jak lustra żużla. Osiadli siali cherlawą, zdegenerowaną pszenicę i uprawiali swoje dziwne ogródki, w których pomidory były jak jagody, a jagody jak pomidory, hodowali pokraczne bydło, na które strach było patrzeć, a co dopiero mówić o jedzeniu. To był żałosny ludek, ci mutanci, dzikie południowe wyrodki, o których opowiadano w koszarach różne brednie i o których sam Gaj opowiadał różne brednie — ciche, spokojne, chorowite, okaleczone ludzkie karykatury. Normalni tu byli tylko starcy, ale tych zostało bardzo niewielu, co do jednego chorych i skazanych na szybką śmierć. Ich dzieci i wnuki też nie miały się najlepiej. Dzieci rodziło się im bez liku, ale niemal wszystkie umierały albo przy porodzie, albo we wczesnym niemowlęctwie. Te, które przeżywały, były bardzo słabe i wątłe, ciągle doskwierały im jakieś nieznane choroby, wyglądały jak potworki, ale wszystkie były spokojne, posłuszne i nad wiek rozwinięte. Co tam zresztą dużo mówić, mutanci okazali się niezłymi ludźmi, serdecznymi, gościnnymi i zacnymi… Tylko że patrzeć na nich nie było można. Nawet Maksyma z początku skręcało na ich widok, ale szybko się przyzwyczaił. Ale Maksym to Maksym…

Gaj wstawił magazynek do automatu, podparł głowę ręką i zamyślił się. Tak, Maksym…

Перейти на страницу:

Похожие книги