Na skraju lasu stały dwa duże namioty, autofurgon i dymiąca kuchnia polowa. Dwóch obnażonych do pasa legionistów polewało się nawzajem wodą z manierek. Pośrodku szosy stał i patrzył na zbliżający się czołg wartownik w czarnej pelerynie, a po prawej stronie drogi sterczały dwa słupy połączone u góry poprzeczką. Z poprzeczki coś zwisało, coś białego, długiego, sięgającego niemal do ziemi. Maksym zeskoczył do kabiny, aby nie było widać jego kraciastej kapoty i wystawił na zewnątrz tylko głowę. Wartownik gapiąc się ze zdumieniem na czołg, wycofał się na pobocze i niezdecydowanie spoglądał w kierunku furgonu. Półnadzy legioniści przestali się myć i również zagapili się na czołg. Hurgot gąsienic wywabił z furgonu jeszcze kilku ludzi. Jeden z nich był w mundurze z oficerskimi dystynkcjami. Byli bardzo zdziwieni, lecz nie zaniepokojeni. Oficer pokazał ręką na czołg i wszyscy się roześmieli. Kiedy Maksym zrównał się z wartownikiem ten coś do niego krzyknął. Maksym krzyknął w odpowiedzi: „Wszystko w porządku, zostań na miejscu…” Wartownik niczego nie zrozumiał z powodu łoskotu silnika, ale na jego twarzy odbiło się zadowolenie. Przepuściwszy czołg znowu wyszedł na środek szosy i ustawił się w poprzedniej pozie. Było jasne, że niebezpieczeństwo minęło.

Maksym obrócił głowę i zobaczył z bliska to, co zwisało z poprzeczki. Patrzył przez chwilę, potem szybko zmrużył oczy, przysiadł i bez żadnej potrzeby chwycił za dźwignie. Nie trzeba było patrzeć — pomyślał. — Diabeł mnie podkusił obrócić głowę! Zmusił się do otwarcia oczu. Nie — pomyślał. — Trzeba patrzeć! Trzeba się przyzwyczajać. Trzeba poznawać. Nie ma sensu się cofać, skoro już się wziąłem za tę robotę. To pewnie był mutant, bo śmierć nie może tak człowieka okaleczyć. Tylko życie to potrafi. Ono mnie też okaleczy i nic na to nie można poradzić. Nie trzeba się przed tym bronić, trzeba się przyzwyczajać. Może mam przed sobą setki kilometrów dróg obstawionych szubienicami…

Kiedy znów wychylił się z włazu i popatrzył do tyłu, posterunku nie było już widać. Ani posterunku, ani samotnej szubienicy przy drodze. Dobrze byłoby jechać teraz do domu… Tak sobie jechać, jechać i jechać, aż wreszcie byłby dom, mama, ojciec, koledzy… Dobrze byłoby przyjechać, przebudzić się, umyć i opowiedzieć im okropny sen o zaludnionej wyspie… Spróbował wyobrazić sobie Ziemię, ale nie potrafił. Trudno było uwierzyć, że gdzieś są czyste, wesołe miasta pełne dobrych, mądrych ludzi, którzy sobie ufają; że nie ma tam rdzy, obrzydliwych zapachów, radioaktywności, wulgarnych bydlęcych pysków, czarnych mundurów i przerażających legend pomieszanych z jeszcze gorszą rzeczywistością. Nagle po raz pierwszy uprzytomnił sobie, że na Ziemi mogło się przydarzyć coś podobnego i że teraz byłby taki sam jak wszyscy tu dokoła: ciemny, oszukany, uwielbiający i oddany. Szukałeś sobie zajęcia — pomyślał. — No więc masz teraz zajęcie. Zajęcie trudne i okrutne, ale wątpię, abyś kiedykolwiek znalazł sobie inne równie ważne…

Przed nim na szosie pojawił się jakiś pojazd pełznący wolno w tę samą stronę, na południe. Był to niewielki, gąsienicowy traktor ciągnący za sobą metalową kratownicę na przyczepie. W otwartej kabinie siedział człowiek w kraciastej kapocie i palił fajeczkę. Człowiek popatrzył na czołg, na Maksyma i odwrócił się. Co to za kratownica? — pomyślał Maksym. — Jakie znajome kształty… — Potem nagle pojął, że to sekcja wieży. Warto by ją teraz zrzucić do rowu — pomyślał — i ze dwa razy się po niej przejechać. Obejrzał się do tyłu i wyraz jego twarzy najwyraźniej przeraził kierowcę ciągnika, bo nagle zahamował i postawił jedną nogę na osłonie gąsienicy, jakby miał zamiar zeskoczyć na ziemię. Maksym odwrócił się.

Jakieś dziesięć minut później zobaczył drugą strażnicę. To był wysunięty posterunek ogromnej armii kraciastych niewolników, a może akurat nie niewolników, lecz najbardziej wolnych ludzi w kraju: dwa prowizoryczne domki z dachami błyszczącymi cynkową blachą, niewysokie sztuczne wzgórze, a na nim szary, niski bunkier z czarnymi szczelinami strzelnic. Nad bunkrem wznosiły się już pierwsze sekcje wieży. Wokół stały samobieżne dźwigi i traktory, poniewierały się rozrzucone bezładnie elementy kratownicowej konstrukcji. Las w przestrzeni kilkuset metrów po obu stronach szosy został wytrzebiony i po otwartym terenie gdzieniegdzie krzątali się ludzie w kraciastej odzieży. Za domkami widniał długi, niski barak, taki sam jak w centralnym obozie. Odrobinę dalej, przy samej szosie sterczała drewniana wieżyczka z pomostem, po którym przechadzał się wartownik w szarym wojskowym mundurze i głębokim hełmie. Obok niego sterczał cekaem na trójnogu. Pod wieżyczką stało jeszcze kilku innych żołnierzy. Mieli wygląd ludzi wymęczonych przez nudę i komary. Chyba też dlatego wszyscy palili.

Перейти на страницу:

Похожие книги