— Fank? Średniego wzrostu, kwadratowa twarz, skóra mu się łuszczy?
— Nic podobnego — powiedział Zef. — Wielki drągal, pryszczaty, głupi jak stołowe nogi — legion.
— To nie Fank — powiedział Maksym.
— Może z rozkazu Fanka? — zapytał Dzik.
Maksym wzruszył ramionami i przełknął ostatni kęs.
— Nie wiem — powiedział. — Poprzednio sądziłem, że Fank ma coś wspólnego z konspiracją, a teraz nie wiem nawet, co o tym myśleć.
— W takim razie chyba rzeczywiście będzie dla pana lepiej wyjechać — rzekł Dzik. — Chociaż, prawdę mówiąc, nie wiem, co jest gorsze: mutanci czy ta żandarmska szarża.
— Dobra, niech jedzie — powiedział Zef. — Kurierem u ciebie nie będzie, a tak przynajmniej przywiezie jakieś informacje z Południa… Jeżeli go tam ze skóry nie obedrą.
— Wy oczywiście nie pojedziecie ze mną — powiedział Maksym twierdząco.
Dzik pokręcił głową.
— Nie — powiedział. — Życzę powodzenia.
— Zrzuć rakietę — poradził Zef. — Możesz na niej wylecieć w powietrze. Co jeszcze?… Po drodze masz dwa posterunki. Łatwo je przeskoczysz, byleś się tylko nie zatrzymywał. Posterunki zwrócone są na Południe. Dalej będzie gorzej. Potworne promieniowanie, brak żarcia, mutanci, a jeszcze dalej piaski i ani śladu wody.
— Dziękuję — powiedział Maksym. — Do widzenia.
Wskoczył na gąsienicę, uniósł pokrywę włazu i zsunął się w gorący półmrok. Położył już ręce na dźwigniach, kiedy przypomniał sobie, że pozostało mu jeszcze jedno pytanie. Wychylił się na zewnątrz.
— Słuchajcie — powiedział. — Czemu prawdziwe przeznaczenie wież ukrywa się przed szeregowymi konspiratorami?
— Dlatego, że większość w sztabie ma nadzieję przejąć kiedyś władzę i wykorzystywać wieże po staremu, ale do innych celów — odpowiedział Dzik smutnym głosem.
Zef odwrócił się i splunął.
— Jakie są te inne cele? — zapytał Maksym.
— Wychowanie mas w duchu dobra i wzajemnej miłości — powiedział Dzik.
Przez kilka sekund patrzyli sobie w oczy. Zef stał odwrócony i pracowicie zaklejał językiem papierosa. Później Maksym powiedział: „Życzę wam, abyście przeżyli” i wrócił do swoich dźwigni. Czołg zahuczał, zajazgotał, zachrzęścił gąsienicami i potoczył się do przodu.
Kierować pojazdem było bardzo niewygodnie. Siedzenia kierowcy nie było, a sterta traw i gałęzi, którą Maksym ułożył sobie w nocy, bardzo szybko się rozpełzła. Widoczność była paskudna, nie mógł rozpędzić się jak należy, bo przy szybkości około trzydziestu kilometrów na godzinę silnik zaczynał dławić się i łomotać, a kabina wypełniała się odorem spalenizny. Inna rzecz, że ten atomowy potwór miał ciągle jeszcze doskonałe właściwości terenowe. Było mu wszystko jedno, po czym jedzie. Krzaków i płytkich wyrw w ogóle nie zauważał, powalone drzewa zgniatał na miazgę, młode drzewka wyrastające ze szczelin betonu z największą łatwością zagarniał pod siebie, a przez głębokie jamy wypełnione zatęchłym błockiem przepełzał, parskając przy tym jak zadowolony bawół. Kurs też trzymał doskonale i skierować go w inną stronę było niesłychanie trudno.
Szosa była stosunkowo prosta, w kabinie brudno i duszno, więc Maksym w końcu zablokował ręczną dźwignią gaz, wyszedł na zewnątrz i usadowił się wygodnie na skraju włazu pod kratownicową wyrzutnią rakiety. Czołg szedł do przodu tak pewnie, jakby to był jego pierwotny kurs wyznaczony starym programem. Machina miała w sobie coś z prostoduszności olbrzyma i Maksym, który lubił maszyny, poklepał ją nawet na znak aprobaty po pancerzu.
Można było żyć. Po obu stronach drogi odpełzał do tyłu las, silnik klekotał miarowo, na wierzchu promieniowania prawie się nie czuło, wietrzyk był względnie czysty i przyjemnie chłodził rozpaloną skórę. Maksym uniósł głowę i popatrzył na rozchybotany czubek rakiety. Chyba rzeczywiście trzeba ją będzie zrzucić. Wybuchnąć to ona nie wybuchnie, bo dawno już „skisła” — sprawdził to jeszcze w nocy — ale waży z dziesięć ton, po co taszczyć taki ciężar? Czołg lazł sobie do przodu, a Maksym zaczął badać wyrzutnię, szukać zaczepów mocujących. Znalazł je wreszcie, ale mechanizm był zardzewiały i trzeba się było trochę pomęczyć. Kiedy się tak trudził, czołg dwukrotnie na zakrętach zjeżdżał z szosy i gniewnie porykując zaczynał łamać drzewa w lesie. Maksym musiał więc spieszyć do dźwigni, poskramiać żelaznego idiotę i wyprowadzać go znów na drogę. W końcu zaczepy puściły, rakieta przechyliła się, ciężko łupnęła na beton i niechętnie stoczyła się do rowu. Czołg podskoczył i zaczął jechać żwawiej, a zaraz potem Maksym zobaczył pierwszy posterunek.