Książę-hrabia opowiadał, że przed wojną żyły w lesie zwierzęta podobne do psów — Gaj zapomniał, jak się nazywały — bardzo mądre i dobre zwierzaki, które wszystko rozumiały i wszystko w lot chwytały. No i oczywiście zaczęli je tresować do celów wojskowych. A potem znalazł się jeden taki mądrala, który rozszyfrował ich język, bo okazało się, że mają własny język, i to dość rozwinięty, i że w ogóle lubią wszystko naśladować, a w dodatku mają tak zbudowane gardła, że niektórych można było nawet nauczyć gadać po ludzku — nie całego języka, rzecz jasna, ale najzmyślniejsze zapamiętywały po jakieś pięćdziesiąt, a nawet siedemdziesiąt słów. Jednym słowem cudaczne to były zwierzaki. Powinniśmy żyć z nimi w przyjaźni, uczyć je i od nich się uczyć i wzajemnie sobie pomagać, bo zwierzaki te podobno wymierały… Zamiast tego nauczyli je wojaczki, nauczyli szpiegować i chodzić na zwiady. A potem zaczęła się wojna i nikt już nie miał do nich głowy, nikt do niczego już nie miał głowy. No i proszę, pojawiły się wampiry. Też mutanty, tyle że nie ludzkie, ale zwierzęce. Bardzo groźne bestie. W Południowym Okręgu Specjalnym wydano nawet odrębną dyrektywę w sprawie walki z nimi, a książę-hrabia to wprost powiedział: koniec z nami, wszyscy tu wymrzemy i zostaną same tylko wampiry…
Gaj przypomniał sobie, jak kiedyś w lesie Boszku ze swoimi myśliwymi ustrzelił jelenia, na którego polowały wampiry i zaczęła się bójka. A jakie to z mutantów wojaki? Wypalili po razie ze swoich staroświeckich fuzji, rzucili je, usiedli i zasłonili oczy rękami, żeby nie patrzeć, jak wampiry zaczną ich rozrywać na strzępy. I Maksym też, o dziwo, stracił głowę… Nie tyle stracił głowę, ile, jak by tu powiedzieć, nie chciało mu się bić. No i Gaj musiał sam sobie radzić. Kiedy skończył się magazynek, walił po łbach kolbą automatu. I tak dobrze, że wampirów było mało, wszystkiego sześć sztuk. Dwa utłukli, jeden uciekł, a trzy ogłuszone i ranne związali i postanowili rano zanieść do wsi na egzekucję. A w nocy Gaj obudził się i widzi: Maksym wstaje i po cichu do nich. Posiedział z nimi, poleczył, jak to on potrafi, złożeniem rąk, a potem rozwiązał. Bestie, rzecz jasna, dały nogę i tyleśmy je widzieli. Gaj go pyta: „Coś ty, Mak, po coś to zrobił?” „Sam nie wiem — Mak na to — ale czuję, że nie wolno ich wieszać. Ani ludzi nie wolno, ani tych… To nie są żadne psy ani wampiry…”
Zresztą co tam wampiry! A nietoperze? Te, które Czarownikowi usługują? Przecież to latające strachy, a nie nietoperze! A kto po nocach łazi ciężko pod wiejskimi domami i kradnie dzieci? Przy czym sam do chałupy nie wchodzi, tylko dzieci same z zamkniętymi oczami, śpiące, do niego wyłażą… Może to zresztą i bajka, ale co nieco Gaj widział na własne oczy. Jak dziś pamięta, książę-hrabia zaprowadził ich kiedyś do najbliższego wejścia do Twierdzy. Przychodzą. Zieloniutka łączka, cicha i spokojna, za nią pagórek, a w pagórku jaskinia. Patrzą — rany boskie! — cała łączka przed wejściem zawalona zdechłymi wampirami. Co najmniej dwadzieścia sztuk, a wszystkie całe, nie pokaleczone, ani kropli krwi na trawie. I co najdziwniejsze — Maksym obejrzał je i powiedział, że wampiry nie są martwe, tylko zdrętwiałe, jakby je ktoś zahipnotyzował… Tylko pytanie: kto? Okropne miejsca. Tutaj człowiek może pokazać się tylko za dnia, a i to ostrożnie. Gdyby nie Maksym, Gaj dałby stąd drapaka i ani by się obejrzał. Ale, Bogiem a prawdą, dokąd tu uciekać? Dokoła lasy, w lasach potwory, czołg utonął w bagnie… Uciekać do swoich? Wydawałoby się, że nie ma nic naturalniejszego, jak uciekać do swoich. Ale jacy oni teraz swoi? Jeśli dobrze pomyśleć, to też przecież potwory, kaleki i manekiny, słusznie Maksym mówi. Co to za ludzie, którymi można kierować jak maszynami? Nie, to nie są swoi…
Doszli do placu, rozległego pustkowia, pośrodku którego czernił się jakiś stopiony na żużel pomnik, i skręcili do cudem ocalałego domku, w którym zwykle zbierali się przedstawiciele wspólnot, żeby wymienić plotki, poradzić się w sprawie siewów albo polowania, albo też zwyczajnie posiedzieć, podrzemać, posłuchać opowieści księcia-hrabiego o dawnych czasach.
W domku, w dużym czystym pokoju, było już pełno ludzi. Na nikogo nie dało się bez wstrętu patrzeć. Nawet książę-hrabia — niby człowiek, a nie mutant — też wyglądał okropnie: cała twarz pokryta bliznami po oparzeniach. Weszli, przywitali się, usiedli w kole, wprost na podłodze. Boszku, siedzący obok paleniska, zdjął z ognia czajnik i nalał im po filiżance herbaty — mocnej, smacznej, ale gorzkiej. Gaj wziął swoją filiżankę, przepiękną, bezcenną filiżankę z królewskiej porcelany, postawił ją obok siebie, a potem oparł czoło o dziurkowaną osłonę lufy automatu i zamknął oczy, żeby nikogo nie widzieć.