Naradę rozpoczął książę-hrabia. To nie był żaden książę ani żaden hrabia, tylko naczelny chirurg Twierdzy. Kiedy nieprzyjaciel zaczął rozbijać Twierdzę bombami atomowymi, garnizon zbuntował się, wywiesił białą flagę (w tę flagę swoi natychmiast rąbnęli termojądrowym pociskiem); prawdziwego księcia, dowódcę Twierdzy, żołnierze rozerwali na strzępy, wytłukli wszystkich oficerów, a potem zorientowali się, że nie ma komu dowodzić, a bez dowództwa ani rusz: wojna trwa, nieprzyjaciel atakuje, swoi atakują, a żaden z żołnierzy nie zna planów Twierdzy, która zmieniła się dla nich w gigantyczną pułapkę. W dodatku eksplodowały bomby bakteriologiczne, cały arsenał, i zaczęła się dżuma. Krótko mówiąc tak jakoś samo wyszło, że połowa garnizonu rozbiegła się na wszystkie strony, z pozostałej połowy trzy czwarte wymarło, a resztę wziął pod swoją komendę naczelny chirurg, którego w czasie buntu żołnierze nie ruszyli, bo to jednak był lekarz. Jakoś też przyjęło się nazywać go raz księciem, raz hrabią, najpierw żartem, a potem serio, a Maksym dla pewności tytułował go księciem-hrabią.
— Przyjaciele! — powiedział książę-hrabia. — Musimy obgadać propozycje naszego przyjaciela Maka. To bardzo ważne propozycje. Jak bardzo są one ważne, możecie przekonać się sami, bo nawet sam Czarownik raczył tu do nas przyjść i może zechce z nami mówić…
Gaj uniósł głowę. Rzeczywiście: w kącie, oparty plecami o ścianę, siedział Czarownik we własnej osobie. Strach było na niego patrzeć, a nie patrzeć się nie dało. To była postać! Nawet Maksym patrzył na niego jakoś tak z dołu do góry i mówił do Gaja: „Czarownik, mój kochany, to jest ktoś. To jest figura!” Czarownik był niziutki, krępy i czysty. Nogi i ręce miał króciutkie, lecz silne i w ogóle nie był taki znów potworny: w każdym razie słowo „potworny” zupełnie do niego nie pasowało… Miał ogromną czaszkę pokrytą krótkim, sztywnym włosem przypominającym srebrzyste futerko, malutkie usta z dziwnie ułożonymi wargami, jakby zamierzał właśnie gwizdnąć przez zęby, twarz niby szczupłą, ale z workami pod oczyma, a same oczy długie i wąskie z pionowymi kocimi źrenicami. Mówił mało, wśród ludzi pokazywał się rzadko, mieszkał sam w piwnicy na odległych krańcach miasta, ale niezwykłe jego zdolności sprawiały, że cieszył się ogromnym autorytetem. Po pierwsze był bardzo mądry i wiedział wszystko, chociaż liczył sobie co najwyżej dwadzieścia lat i nigdzie z tego byłego miasta nie wytknął nawet nosa. Kiedy wynikały jakieś problemy, ludzie szli do niego z czołobitną prośbą o radę. Z reguły nic nie odpowiadał, co oznaczało, że problem jest nieważny, że można go rozwiązać dowolnie i nic się przez to nie zmieni… Ale jeśli pytanie było naprawdę ważne — dotyczące na przykład pogody albo terminów siewu — zawsze udzielał rady i nigdy się nie pomylił. Chodzili do niego tylko starsi, którzy za bardzo nie rozpowiadali, co się tam działo, ale ludzie gadali, że nawet odpowiadając, Czarownik nie otwierał ust. Popatrzy tylko i od razu człowiek wie, co ma robić. Po wtóre miał władzę nad zwierzętami. Różnymi. Nad czworonogami, ptakami, owadami i żabami. Nigdy nie żądał od ludzi ani jadła, ani odzienia. Wszystko dostarczały mu zwierzaki. A obsługiwały go ogromne nietoperze, z którymi podobno mógł się dogadać, a one rozumiały go i słuchały. Dalej opowiadali, że Czarownik zna niewiadome. Nikt tego niewiadomego nie potrafił zrozumieć. Dla Gaja to była po prostu kupa nic nie znaczących słów: czarny pusty Świat przed nastaniem Wszechświatłości; martwy lodowaty Świat po zgaśnięciu Wszechświatłości; bezbrzeżna pustynia z wieloma Wszechświatłościami… Nikt nie umiał wytłumaczyć, co to wszystko oznacza, a Mak tylko kręcił głową i wykrzykiwał z zachwytem: „To się nazywa intelekt!”
Czarownik siedział na nikogo nie patrząc, na ramieniu trzymał przestępującego niezręcznie z nogi na nogę ślepego nocnego ptaszka. Od czasu do czasu sięgał do kieszeni, wyjmował z niej jakieś okruszki i wkładał je ptakowi do dzioba. Nocne straszydło na chwilę jakby zamierało, potem zadzierało głowę do góry i wyciągając szyję jakby z trudem przełykało.
— To bardzo ważne propozycje — ciągnął książę-hrabia — i dlatego proszę was, abyście uważnie słuchali, a ciebie, Boszku, kochany, proszę o parzenie jak najmocniejszej herbaty, bo widzę, że niektórzy już zaczynają podrzemywać. Nie wolno drzemać, nie wolno. Weźcie się w garść, bo może w tej chwili decydują się wasze losy…
Zebrani zamruczeli coś z aprobatą. Jakiegoś jednookiego odciągnęli za uszy od ściany, gdzie zamierzał sobie trochę pospać i posadzili w pierwszym rzędzie.
— Przecież ja nieumyślnie… — mamrotał jednooki. — Ja tylko ociupinę. Ja tak dlatego, że mówić trzeba krótko, bo inaczej, zanim dojdzie do końca, to już zaczynam zapominać początek…