— Dobrze — zgodził się książę-hrabia. — Będę mówił krótko. Żołnierze spychają nas na południe, na pustynię. Strzelają bez ostrzeżenia, a w rozmowy się nie wdają. Z tych rodzin, które usiłowały przedrzeć się na północ, nikt nie wrócił. Pewnie wszyscy zginęli. Oznacza to, że najdalej za dziesięć lub piętnaście lat wyprą nas ostatecznie na pustynię, gdzie wszyscy zginiemy bez pokarmu i wody. Powiadają, że na pustyni też żyją ludzie. Ja w to nie wierzę, ale wielu szanowanych starostów wierzy i utrzymuje, że ci mieszkańcy pustyń są równie okrutni i krwiożerczy jak żołnierze. A my jesteśmy ludźmi spokojnymi i walczyć nie umiemy. Wielu z nas umiera i z pewnością nie dożyjemy ostatecznego końca, ale kierujemy dziś narodem i mamy obowiązek myśleć nie tylko o sobie, lecz także o naszych dzieciach. Boszku — powiedział — podaj z łaski swojej trochę herbaty szanownemu Piekarzowi, bo wygląda na to, że nasz czcigodny Piekarz zasnął.

Piekarza obudzili, wetknęli mu do plamistej ręki gorącą filiżankę: sparzył się, zasyczał, a książę-hrabia mówił dalej:

— Nasz przyjaciel Mak proponuje wyjście. Przyszedł do nas od strony żołnierzy. Żołnierzy nienawidzi i mówi, ż nie można liczyć na ich litość, bo wszyscy oni tam są ogłupieni przez tyranów i marzą tylko o tym, żeby nas wyniszczyć. Mak chciał z początku uzbroić nas i poprowadzić do boju, ale przekonał się, że jesteśmy słabi i walczyć nie możemy. Wówczas postanowił dotrzeć do mieszkańców pustyni, w których też wierzy, porozumieć się z nimi i poprowadzić ich na żołnierzy. Czego oczekuje od nas? Żebyśmy się na to zgodzili, przepuścili mieszkańców pustyni przez nasze tereny i żywili ich, dopóki będzie trwała wojna. Nasz przyjaciel Mak zaproponował jeszcze, żebyśmy pozwolili mu zebrać naszych zwiadowców, którzy będą się chcieli do niego przyłączyć. Wtedy on nauczy ich walczyć i poprowadzi za rzekę, żeby wzniecić tam powstanie. Tak pokrótce przedstawia się cała sprawa. Musimy teraz podjąć decyzję, więc proszę, żebyście się wypowiedzieli.

Gaj zerknął z ukosa na Maksyma. Przyjaciel Mak siedział na podwiniętych nogach, ogromny, brunatny i nieruchomy jak skała. Nawet nie jak skała, tylko jak gigantyczny akumulator, gotowy w każdej chwili do błyskawicznego wyładowania. Patrzył w przeciwległy kąt, na Czarownika, ale wzrok Gaja poczuł natychmiast i odwrócił w jego stronę głowę. I nagle Gaj pomyślał, że przyjaciel Mak już nie jest ten sam, co dawniej. Przypomniał sobie, że Mak już dawno nie uśmiechał się swym cudownym oślepiającym uśmiechem, że już dawno nie śpiewał swoich góralskich pieśni i że jego oczy utraciły swą dawną miękkość i życzliwą ironię, stwardniały i zeszkliły się, jakby to nie były już oczy Maksyma, tylko rotmistrza Czaczu. I przypomniał sobie jeszcze Gaj, że już od dawna przyjaciel Mak przestał wtykać nos we wszystkie kąty jak wesoły ciekawski psiak, zrobił się powściągliwy, surowy i po dorosłemu rzeczowy, że zaczął się zachowywać tak, jakby celował samym sobą w jemu tylko samemu znaną tarczę. Bardzo, ale to bardzo zmienił się przyjaciel Mak od momentu, kiedy władowali w niego pełny magazynek z ciężkiego wojskowego pistoletu. Przedtem żałował wszystkich i każdego, a teraz nie żałuje nikogo. No cóż, może właśnie tak powinno być…

Ale jednak wymyślił straszliwą rzecz, bo chce doprowadzić do rzezi, wielkiej rzezi…

— Coś nie bardzo zrozumiałem — odezwał się łysawy potworek, sądząc z odzieży nietutejszy. — Czego on chce? Żeby barbarzyńcy tu do nas przyszli? Przecież oni wybiją nas do nogi. Co to, czy ja nie znam barbarzyńców? Wytłuką wszystkich, ani jednego człowieka nie zostawią.

— Przyjdą tutaj jako przyjaciele — powiedział Mak — albo nie przyjdą wcale.

— Niech już lepiej wcale nie przychodzą — powiedział łysoń. — Z barbarzyńcami lepiej nie zaczynać. Ja tam wolałbym już iść pod karabiny maszynowe, bo przynajmniej człowiek zginąłby z ręki swoich. Mój ojciec był żołnierzem, z Twierdzy…

— Niby masz rację — powiedział z zastanowieniem w głosie Boszku. — Ale przecież z drugiej strony barbarzyńcy mogą przepędzić żołnierzy i nas nie ruszyć. Wtedy dopiero wszystkim będzie dobrze.

— A dlaczego mieliby nas nie ruszyć? — zaoponował jednooki. — Wszyscy nas zawsze ruszali, a ci ni z tego, ni z owego nie ruszą?

— Przecież on się z nimi dogada — wyjaśnił Boszku. — Nie ruszajcie leśnych, powie im, i już, a inaczej w ogóle tam nie ważcie się iść…

— Kto? Kto się dogada? — zapytał Piekarz, kręcąc na wszystkie strony głową.

— No, Mak. Mak się z nimi dogada…

— Ach, Mak… No, jeśli Mak się z nimi dogada, to może i nie ruszą.

— Dać ci herbaty, Piekarzu? — zapytał Boszku. — Przecież zasypiasz.

— Wypchaj się swoją herbatą!

— Wypij filiżankę, tylko jedną filiżaneczkę. Nie zrobisz tego dla mnie?

Jednooki nagle wstał.

Перейти на страницу:

Похожие книги