— Pójdę sobie — powiedział. — Nic z tego nie wyjdzie. I Maka zabiją, i nas nie oszczędzą. Dlaczego mieliby nas oszczędzać? Przecież i tak za dziesięć lat będzie po nas. W mojej wspólnocie już od dwóch lat nie rodzą się dzieci. Chciałby człowiek spokojnie dożyć do śmierci i już. A w ogóle decydujcie sami, mnie tam wszystko jedno.

Wyszedł, niezręcznie kołysząc pokręconym ciałem i ciężko potknął się o próg.

— Tak to jest, Mak — kiwając głową odezwał się Pijawka. — Nie gniewaj się na nas, ale my nikomu nie wierzymy. Jak można wierzyć barbarzyńcom? Oni przecież mieszkają na pustyni, jedzą piasek i piaskiem popijają. To straszni ludzie. Zrobieni są z żelaznego drutu i ani śmiać się, ani płakać nie umieją. Co my dla nich?… Mech pod nogami. Przyjdą tutaj, pobiją żołnierzy, osiądą w naszych okolicach, las oczywiście wypalą… Po co im las? Oni lubią pustynię. I znowu będzie z nami koniec. Nie, nie wierzę. Nie wierzę, Mak, żeby coś dobrego z tego wyszło.

— Tak — powiedział Piekarz. — Nie potrzebujemy tego, Mak. Daj nam przynajmniej umrzeć spokojnie, nie ruszaj nas. Nienawidzisz żołnierzy, chcesz ich zniszczyć, ale nam co do tego? W nas nie ma nienawiści do nikogo. Użal się nad nami, Mak. Nikt się przecież nad nami nie litował. I ty, chociaż jesteś dobrym człowiekiem, też się nad nami nie litujesz… Nie litujesz się, prawda, Mak?

Gaj znowu zerknął na Maksyma i zmieszany odwrócił oczy.

Maksym zaczerwienił się. Spąsowiał jak burak, pochylił głowę i zasłonił twarz ręką.

— Nieprawda — powiedział. — Współczuję wam, ale nie tylko wam jednym współczuję. Ja…

— Nieee, Mak — upierał się przy swoim Piekarz. — Ty tylko się nad nami spróbuj ulitować. Jesteśmy przecież najnieszczęśliwszymi ludźmi na świecie, doskonale o tym wiesz. Zapomnij o twojej nienawiści, ulituj się i nic więcej…

— A z jakiej racji on ma się nad nami litować? — wykrzyknął Orzesznik, aż po oczy zabandażowany brudnymi szmatami. — On sam jest żołnierzem, a kto to kiedy słyszał, żeby żołnierze się nad nami litowali? Nie urodził się jeszcze taki żołnierz, żeby nas pożałował…

— Kochani, kochani! — powiedział surowym głosem książę-hrabia. — Mak jest naszym przyjacielem. Pragnie naszego dobra, chce zniszczyć naszych wrogów…

— Zastanówmy się jednak, co z tego może wyjść — powiedział nietutejszy łysoń. — Załóżmy nawet, że barbarzyńcy będą silniejsi od żołnierzy… Pobiją żołnierzy, rozwalą ich przeklęte wieże, zagarną całą Północ. Załóżmy. Co nam to szkodzi, że oni się tam będą wyrzynać. Ale co my z tego będziemy mieć. Tylko nieszczęście. Wtedy już na pewno będzie z nami koniec: na Południu będą barbarzyńcy, na Północy ci sami barbarzyńcy, nad nami barbarzyńcy. Nie jesteśmy im potrzebni, a skoro nie jesteśmy potrzebni — to do nogi. To raz… Przypuśćmy teraz, że żołnierze odeprą barbarzyńców i przewali się ta wojna przez nas na Południe. Co wtedy? Wtedy też z nami koniec: na Północy żołnierze, na Południu żołnierze i nad nami żołnierze. A żołnierzy przecież znamy…

Zebranie rozkrzyczało się, rozbrzęczało, że niby racja, że łysy dobrze mówi, ale łysy jeszcze nie skończył.

— Dajcie skończyć! — oburzył się. — Czegoście się tak rozwrzeszczeli? Nie możecie chwili zaczekać? To jeszcze nie wszystko. Może jeszcze być tak, że barbarzyńcy wytłuką żołnierzy, a żołnierze barbarzyńców. Żyć nie umierać! Akurat! Znów nic z tego… Dlatego, że jeszcze są wampiry. Dopóki żołnierze żyją, to wampiry się chowają, kryją się przed kulą, bo żołnierze mają rozkaz strzelać do wampirów. A jak żołnierzy zabraknie, to dopiero będzie z nami koniec. Zeżrą nas wampiry i nawet kości nie zostawią!

To przypuszczenie straszliwie zdenerwowało zebranych.

— Słusznie mówi! — rozległy się głosy. — Ci z bagien mają dobrze w głowach poukładane… Tak, bracia, o wampirach na śmierć zapomnieliśmy… A one nie śpią, one czekają tylko na swoją godzinę… Nie potrzebujemy niczego, nie chcemy żadnej zmiany, Mak, niech wszystko idzie, jak idzie… Dwadzieścia lat jakoś przeżyliśmy, i jeszcze jakieś dwadzieścia pociągniemy, a może uda się i dłużej…

— I zwiadowców oddawać też mu nie wolno! — uniósł się łysy. — To nie szkodzi, że oni sami chcą… Im tam wszystko jedno, oni w domach nie mieszkają. Taki na przykład Sześciopalcy siedzi bez przerwy po tamtej stronie rzeki i — wstyd powiedzieć! — grabi tam i pije. Im dobrze, oni się tych przeklętych wież nie boją, głowy ich nie bolą. A co zrobią ludzie? Zwierzyna ucieka na Północ. Kto ją nam przypędzi z Północy, jak nie zwiadowcy? Nie dawać! I w dodatku trzeba ich porządnie wziąć w karby, bo zupełnie się rozpuścili. Mordują tam, żołnierzy wykradają i torturują, zupełnie jak nieludzi… Nie puszczać, bo zupełnie się rozpuszczą…

— Nie puszczać, nie puszczać… — potwierdziło zebranie. — Co my bez nich zrobimy? A myśmy ich przecież karmili i poili, myśmy ich urodzili i wychowali. Powinni o tym pamiętać, a oni tylko patrzą, jak by tu urwać się i porozrabiać…

Перейти на страницу:

Похожие книги