— Obawiam się, że to nie dla mnie — odpowiedział z wahaniem Maksym. — Nie mogę na razie powiedzieć dlaczego, ale to nie dla mnie. Czuję to. Nie chcę przejmować władzy przy pomocy Centrum. Co do jednego ma pan rację: nie mam czego szukać ani tu, ani na pustyni. Pustynia jest zbyt daleko, a tutaj nie mam się na kim oprzeć. Ale powinienem jeszcze wielu rzeczy się dowiedzieć: jest przecież jeszcze Pandea i Chontia, są jeszcze góry, jest jeszcze gdzieś Imperium Wyspiarskie… Słyszał pan o białych łodziach podwodnych? Nie? A ja słyszałem i Gaj słyszał, a obaj znamy człowieka, który je widział i z nimi walczył. A zatem wyspiarze mogą walczyć… No dobrze — Maksym zerwał się na równe nogi. — Nie ma co zwlekać. Dziękuję, książę-hrabio, bardzo pan nam pomógł. Idziemy, Gaj.
Wyszli na plac i zatrzymali się obok stopionego pomnika. Gaj smętnie popatrywał na boki. Dokoła w rozpalonym tumanie wibrowały szarożółte ruiny, było duszno i smrodliwie, ale już nie chciało się stąd odchodzić, porzucać to straszliwe, ale już znane miejsce i znowu wędrować przez lasy, zdawać się na grę ślepych przypadków, które czyhają tam na człowieka na każdym kroku… Wróciłby teraz człowiek do swojej izdebki, pobawił się z łysą Tangą, zrobiłby jej w końcu obiecany od dawna gwizdek z pustej gilzy, nie pożałował biednemu dzieciakowi pocisku wystrzelonego na wiwat, massaraksz…
— Dokąd pan ostatecznie zamierza iść? — zapytał książę-hrabia, osłaniając twarz przed kurzem swoim zdefasonowanym, wypłowiałym na słońcu kapeluszem.
— Na zachód — odparł Maksym. — W stronę morza. Daleko stąd do morza?
— Trzysta kilometrów… — powiedział książę-hrabia roztargnionym głosem. — Trzysta kilometrów przez bardzo skażone tereny. Proszę posłuchać! — ożywił się nagle — a może zrobimy tak? — Zamilkł na dłuższą chwilę i Gaj zaczął już niecierpliwie przestępować z nogi na nogę w przeciwieństwie do Maksyma, który spokojnie czekał. — Ech, na co mi on! — powiedział wreszcie książę— hrabia. — Szczerze mówiąc przechowywałem go dla siebie… Myślałem, że kiedy już będzie naprawdę źle, to wsiądę i wrócę do domu, a tam choć kula w łeb… Ale teraz już na to za późno…
— Samolot? — szybko zapytał Maksym, patrząc z nadzieją na księcia-hrabiego.
— Tak. „Orzeł Górski”. Mówi coś panu ta nazwa? No jasne, że nie… A panu, młody człowieku? Też nie… Sławny to był bombowiec, moi panowie. Osobisty Bombowiec Jego Cesarskiej Wysokości, Kawalera Czterech Złotych Sztandarów, Najjaśniejszego Księcia Pirnu, „Orzeł Górski”… Żołnierzom, jak pamiętam, kazali wykuwać tę nazwę na pamięć… Szeregowy taki to a taki! Podaj nazwę osobistego bombowca Jego Cesarskiej Wysokości! A ten podaje… Tak… No więc udało mi się go uratować. Z początku chciałem nim ewakuować rannych, ale było ich zbyt wielu. Potem, kiedy wszyscy ranni umarli… Co tam zresztą wspominać. Weź go sobie, mój drogi. Leć. Paliwa starczy na pół świata…
— Dziękuję — powiedział Maksym. — Dziękuję, książę-hrabio. Nigdy tego panu nie zapomnę.
— Co tam ja… — odezwał się starzec. — Nie po to go panu daję… Ale jeśli coś się panu uda, to o tych tutaj proszę nie zapomnieć.
— Uda się — powiedział Maksym. — Uda się, massaraksz! Musi się udać z sumieniem czy bez sumienia!… A ja nikogo nigdy nie zapomnę.
Rozdział XVI
Gajowi jeszcze nigdy nie zdarzyło się lecieć samolotem. Mało tego, nigdy w życiu prawdziwego samolotu nie widział. Śmigłowce policyjne i latające platformy sztabowe widział nieraz, a nawet kiedyś brał udział w obławie z powietrza: ich sekcję załadowali do śmigłowca i wysadzili przy szosie, którą gnał tłum wychowywanych, którzy podnieśli bunt z powodu okropnego jedzenia. Ten powietrzny skok pozostawił mu jak najgorsze wspomnienia: śmigłowiec leciał bardzo nisko trzęsło i kołysało tak, że wywracało wnętrzności, a w dodatku był jeszcze ogłupiający gwizd śmigła, benzynowy smród i tryskające zewsząd fontanny gorejącego oleju.
Ale tu wszystko wyglądało zupełnie inaczej.