— Słusznie — z nieoczekiwaną łatwością zgodził się Czarownik. — Sumienie istotnie wytycza ideały. Ale ideały właśnie dlatego noszą nazwę ideałów, że znajdują się w rażącej sprzeczności z rzeczywistością. Przecież właśnie tylko to chcę powiedzieć, jedynie to powtarzam: nie należy niańczyć się ze swoim sumieniem, trzeba je jak najczęściej wystawiać na zimny przeciąg nowej rzeczywistości i nie lękać się plam i blizn, które wskutek tego mogą się na nim pojawić… Zresztą pan sam doskonale to rozumie, tylko jeszcze po prostu nie nauczył się nazywania rzeczy po imieniu. Ale i tego się pan nauczy. Oto pańskie sumienie wytyczyło zadanie: obalić tyranię Płomiennych. Rozum zanalizował sytuację i udzielił rady: ponieważ tyranii od wewnątrz rozsadzić się nie da, trzeba zaatakować ją od zewnątrz, rzucić na nią barbarzyńców… Nic to, że leśni ludzie zostaną rozdeptani, że koryto Rzeki wypełni się trupami, ale zacznie się wielka wojna, która być może doprowadzi do obalenia tyranów. Trzeba zrobić wszystko dla urzeczywistnienia szlachetnego ideału. No cóż, powiedziało lekko zdegustowane sumienie, będę musiało dla dobra wielkiej sprawy otrząsnąć ze swych skrzydełek nieco pyłku niewinności.

— Massaraksz… — syknął Maksym, pąsowy na twarzy i tak zły, jakim Gaj go jeszcze nigdy nie widział. — Tak, massaraksz! Tak! Wszystko jest dokładnie tak, jak pan mówi! A co innego można zrobić? Za Rzeką ludzie zostali przekształceni w chodzące kukły.

— Słusznie, słusznie — powiedział Czarownik. — Inna rzecz, że sam plan jest nie najlepszy: barbarzyńcy rozbiją się o wieże i dadzą drapaka, a nasi biedni zwiadowcy do niczego poważniejszego w gruncie rzeczy się nie nadają. W ramach tego samego planu mógłby pan nawiązać kontakt na przykład z Imperium Wyspiarskim… Nie o to chodzi. Obawiam się, że pan w ogóle przyszedł zbyt późno, Mak! Niech pan tylko nie myśli, że chcę pana zniechęcić. Nic podobnego, przecież widzę, że pan jest siłą. Zresztą pańskie pojawienie się samo przez się oznacza nieuchronne zakłócenie równowagi na powierzchni naszego malutkiego światka. Proszę działać. Tylko niechaj pańskie sumienie nie przeszkadza panu jasno myśleć, a rozum, kiedy trzeba, niechaj nie waha się odsunąć sumienia na bok… I radzę jeszcze pamiętać o jednym: nie wiem, jak tam w pańskim świecie, ale w naszym żadna siła nie może długo pozostawać bezpańska. Zawsze znajdzie się ktoś, kto postara się ją oswoić lub podporządkować sobie — niezauważalnie lub pod byle jakim pretekstem. To wszystko, co chciałem powiedzieć.

Czarownik nadspodziewanie zwinnie wstał — ptak na jego ramieniu przysiadł i rozłożył skrzydła — prześlizgnął się na krótkich nóżkach wzdłuż ściany i zniknął za drzwiami. I natychmiast za nim zaczęli rozchodzić się wszyscy zebrani. Wychodzili pojękując, postękując i sapiąc, nie zrozumiawszy właściwie ani słowa z tego, co zostało na końcu powiedziane, ale najwyraźniej zadowoleni z tego, że wszystko pozostaje po staremu, że Czarownik nie pozwolił na niebezpieczną awanturę, ulitował się, nie dał skrzywdzić i można teraz będzie żyć, jak dawniej, bo przecież czeka ich jeszcze cała wieczność: dziesięć lat albo i więcej… Ostatni podreptał Boszku z pustym czajnikiem i w pokoju został tylko Gaj i Mak z księciem-hrabią, a poza tym w kącie mocno spał Piekarz, niepomiernie zmęczony umysłowym wysiłkiem. W głowie Gaja było pusto, a w duszy niespokojnie. Zrozumiał tylko jedno: nieszczęsne moje życie — przez pierwszą jego połowę byłem kukłą, narzędziem, w czyichś rękach, a resztę pewnie przyjdzie spędzić jako włóczęga bez ojczyzny, bez przyjaciół, bez jutra…

— Jest pan zmartwiony? — zapytał Maksyma książę-hrabia przepraszającym tonem.

— Nie, nie bardzo — odpowiedział Mak. — Raczej na odwrót, poczułem nawet pewną ulgę. Czarownik ma rację, moje sumienie jeszcze nie jest gotowe do podejmowania podobnych spraw. Będę musiał chyba jeszcze trochę się porozglądać. Potrenować sumienie… — Roześmiał się jakoś nieprzyjemnie. — Co mi pan może zaproponować, książę-hrabio?

Starzec uniósł się z trudem i rozcierając zdrętwiałe boki przespacerował się po pokoju.

— Po pierwsze nie radzę panu zapuszczać się na pustynię — powiedział. — Bez względu na to, czy są tam barbarzyńcy, czy też ich nie ma, nic odpowiedniego dla siebie pan tam nie znajdzie. Może warto, zgodnie z radą Czarownika, nawiązać kontakt z wyspiarzami, chociaż Bóg mi świadkiem, nie mam najmniejszego pojęcia, jak można by to zrobić. Chyba trzeba iść nad morze i zaczynać stamtąd, o ile wyspiarze też nie są mitem i jeśli będą chcieli z panem rozmawiać… Najsłuszniejsze wydaje mi się wrócić, skąd pan przyszedł, i działać tam w pojedynkę. Proszę sobie przypomnieć, co powiedział Czarownik: pan jest siłą. A ponadto ma pan rację: sieć wież musi mieć Centrum, a władza nad Północą należy do tego, kto tym Centrum dysponuje. Powinien pan dobrze to zapamiętać.

Перейти на страницу:

Похожие книги