— Co ty powiesz (
— Slycha'c niewiele (
— Nie zartuj (
— Tu obok (
— No prosze (
— Sluchaj — powiedziala w telefonie Anita z wyra'znym przejeciem — przyszlo mi na my'sl, ze chyba teraz w Allerod bedzie straszylo. Jak my'slisz?
Pomy'slalam sobie, ze ona jest chyba rzeczywi'scie konkursowe lekkomy'slna i nadludzko odporna na wstrzasy.
— Moim zdaniem juz straszy, i to calkiem porzadnie — odparlam ponuro.
— Co ty powiesz? Jak straszy? A w og'ole co slycha'c?
— Slycha'c niewiele, gorzej z widokami. Mamy nowe zwloki.
— Nie zartuj! Gdzie?!
— Tu obok, w pokoju, kolo atelier.
— No prosze! Ta Alicja ma tam jednak straszny nieporzadek, wszedzie jakie's zwloki, to w ogr'odku, to w pokoju… A kto tym razem?
— Dwie osoby (
— Jak to (
— Leb w leb (
— Co za rozrzutno's'c (
— 'Srednio (
— Pewnie, do wszystkiego mozna sie przyzwyczai'c (
— Przeciwnie, gubi nastepne (
— Dwie osoby. Slyszala's o nich, Wlodzio i Marianne.
— Jak to?! r'ownocze'snie?!
— Leb w leb…
— Co za rozrzutno's'c! I jak sie czujecie?
— 'Srednio. Powoli zaczynamy przywyka'c.
— Pewnie, do wszystkiego mozna sie przyzwyczai'c. Czy w tym balaganie Alicja w og'ole moze co's znale'z'c?
— Przeciwnie, gubi nastepne.
— I tego listu, kt'orego szukala (
— No przeciez ci m'owie, ze nie (
— Ale korzy's'c z tego moze by'c (
— I tego listu, kt'orego szukala, tez nie znalazla?
— No przeciez ci m'owie, ze nie. Zgubila nowy. Mozliwe, ze znajdzie tamten, jak bedzie szukala tego.
— Ale korzy's'c z tego moze by'c — powiedziala Anita z wyra'znym ozywieniem. — Bo ja nie doko'nczylam my'sli. Je'sli bedzie straszylo, to ona moze bra'c za wstep. Niedrogo, po pie'c koron od glowy, a za nocleg, na przyklad, pietna'scie. Bez po'scieli.
Mimo woli zastanowilam sie nad tym (