Sam był zbyt zajęty myśleniem o przytulającym go i dotykającym jego twarzy Snapie.
I patrzącym na niego w taki sposób, jakby chciał powiedzieć mu coś bardzo
ważnego, ale nie mógł tego z siebie wydusić.
Nie masz pojęcia...
O czym nie miał pojęcia? O czym nie mógł mieć pojęcia? Ta myśl nie dawała mu
spokoju.
Nie masz pojęcia...
Bał się w ogóle kończyć to zdanie. Próbował, ale wszystko wydawało się zbyt
trywialne, zbyt... nieprawdopodobne. Zniszczyłoby tylko wyzierającą z niego
tajemnicę, spłaszczyłoby przekaz i mogłoby odebrać tlącą się w sercu nadzieję. Nie
chciał myśleć o tym, jak mogłoby brzmieć zakończenie. Ponieważ mogłoby to być
coś, czego wcale nie chciałby usłyszeć... Ale z drugiej strony, nie potrafił przestać się nad tym zastanawiać. Ciekawość była silniejsza od strachu.
Jego sny na jawie przerwał błysk tęczowych włosów. Harry odwrócił głowę i zobaczył
wchodzącą do Wielkiej Sali Tonks. Jej czupryna mieniła się wszystkimi kolorami
tęczy. Uczniowie odwracali głowy i przyglądali się jej z pełnym zachwytu milczeniem.
Harry szybko poszukał wzrokiem Luny, ale przyjaciółka nie przyszła na śniadanie. To
było niezwykle wręcz dziwne. Chociaż w przypadku Luny to słowo nie wydawało się
zbyt adekwatne, zważywszy na to, że wszystko, co się z nią wiązało, było "dziwne".
A jednocześnie takie... prawdziwe.
Także to, co wczoraj wieczorem podejrzał w stojącej za Świńskim Łbem szopie. Jego
wyobraźnia została natychmiast zaatakowana obrazami Luny i Tonks w uścisku,
przytulonych do siebie, scałowujących wahanie ze swych ust, dotykających się i
robiących wszystkie te rzeczy... Wciąż zastanawiał się, czy to wydarzyło się
naprawdę, czy też była to tylko projekcja jego zamroczonego alkoholem umysłu. Ale
nie, to było zbyt realne... Wciąż miał w uszach dźwięk ciężkiego oddechu Luny i
podmuch wymieszanego z perfumami ciepłego powietrza, które uderzało go w twarz,
kiedy stał i zafascynowany przypatrywał się rozgrywającej się we wnętrzu szopy
scenie. Tak, to było absolutnie i niezaprzeczalnie prawdziwe.
Tak samo prawdziwe, jak uśmiechnięta, promieniująca radością kobieta - jego
nauczycielka - która usiadła właśnie przy stole nauczycielskim i jak gdyby nigdy nic
zaczęła konwersację z pozostałymi członkami grona pedagogicznego. To było takie
dziwne, znać tę tajemnicę. Czy Luna czuła się tak samo, kiedy patrzyła na Harry'ego
albo Snape'a? Co mogła sobie myśleć? A może nie myślała nic, może dla niej było to
po prostu absolutnie naturalne i akceptowała to, że Harry'emu może podobać się
ponad dwa razy starszy mężczyzna? Może widziała to, czego nie można było
zobaczyć gołym okiem? Może rozumiała więcej, niż przeciętny obserwator?
Dlaczego Hermiona, pomimo tego, że była przecież taka inteligentna, nie potrafiła
tego dostrzec i zrozumieć?
To było fascynujące i Harry nie potrafił znaleźć na to wyjaśnienia. Podejrzewał
jedynie, że Luna byłaby w stanie zaakceptować absolutnie wszystko, o ile nie
krzywdziłoby to jakiejś istoty. I to było w pewnym sensie... uspokajające. Że zawsze
będzie miał kogoś, z kim będzie mógł o wszystkim porozmawiać. Nie to, żeby miał
taki zamiar, albo żeby tego potrzebował. Ale miło było wiedzieć, że ktoś taki jest.
Prawda?
***
Przez cały ranek i część popołudnia nie miał nawet chwili dla siebie, ponieważ
pomagał Ronowi się pakować i musiał pogadać chwilę z każdym z wyjeżdżających
przyjaciół oraz pożegnać się z nimi. Ginny naśmiewała się z jego wczorajszych
wyczynów, a Neville rumienił się na każdą wzmiankę o Anastassy. Tuż przed
wyjazdem Harry podarował prezenty Ronowi, Hermionie i Ginny i przekazał
przyjacielowi paczkę dla całej rodziny Weasleyów. Ron niezwykle ucieszył się z
wielkiego kufra słodyczy z Miodowego Królestwa, a Hermiona, ku zazdrosnemu
spojrzeniu Rona, pocałowała go mocno w policzek, w podziękowaniu za nowy
komplet podręczników o starożytnych runach. Od Rona otrzymał książkę o
zaawansowanych technikach i zwodach dla szukających w Quidditchu (wcale go to
nie zaskoczyło) a od Hermiony nowe pióro z mieniącą się tęczowo lotką (zrobiło mu
się głupio, kiedy jego umysł podsunął mu jedno bardzo konkretne skojarzenie). Ginny
podarowała mu krawat w czarno-czerwone pasy, który w zależności od nastroju,
przybierał bardziej czerwoną albo bardziej czarną barwę. Całkowita depresja
oznaczała absolutną czerń. A czerwień...
- ...no cóż, to musisz sam odkryć - uśmiechnęła się szelmowsko na pożegnanie i
mrugnęła do niego, po czym pomachała mu i odbiegła do czekającego na nią z
bagażami Grega. Harry pożegnał się z przyjaciółmi, obiecując, że napisze zaraz po
świętach i pomachał im, kiedy znikali w czarnych powozach.
Zostały mu jeszcze dwa prezenty - dla Hagrida i dla Luny, ale nigdzie nie mógł
dostrzec przyjaciółki. Cóż, najwyżej wyśle go sową. Ale to trochę dziwne, że nie
przyszła się z nim pożegnać To było do niej niepodobne. Hagridowi zamierzał
wręczyć prezent, gdy odwiedzi go w czasie świąt. Obiecał, że to zrobi i nie miał
zamiaru złamać słowa.
Po kilkunastu kolejnych minutach, kiedy wszystkie powozy już odjechały, a w zamku