prowadzeniu przynajmniej znośnej konwersacji. Ale przez cały ten czas nauczył się
pewnego rodzaju bezczelności. Uodpornił się na jego złośliwe uwagi i potrafił na nie
odpowiadać. Stał się pewniejszy siebie. Pozwalał sobie na coraz więcej, posuwał się
do przodu, balansując na cienkiej linie, a kiedy z niej spadał... zawsze w jakiś sposób
udało mu się jej złapać.
W zasadzie to było dziwne. Teraz, kiedy wracał pamięcią do kilku takich sytuacji,
które miały ostatnio miejsce... zauważył pewien schemat. Za każdym razem, kiedy
próbował uciec albo oddalić się... Severus go zatrzymywał. Zawsze. Nigdy nie
pozwalał mu się wymknąć, tak jakby próbował za wszelką cenę utrzymać go przy
sobie, jakby przywiązał go do siebie na niewidzialnej smyczy, którą tylko czasami
poluzowywał, a kiedy Harry za bardzo się oddalał, natychmiast przyciągał go do
siebie z powrotem.
Nie miał pojęcia, dlaczego do jego głowy wkradły się takie myśli. Ale cieszył się z
nich. Wiedział, że to coś oznacza, ale nie odważał się na razie wyciągać żadnych
pochopnych wniosków. Miał tylko wrażenie, jakby otrzymał dodatkową linę pod drugą
stopę, aby zawsze mógł utrzymać równowagę. Bo teraz już wiedział... no,
podejrzewał... że Severus go zatrzyma. A to było miłe uczucie. Tak samo miłe, jak
świadomość, że Severus uczy się od niego tych wszystkich gestów. Nawet pomimo
tego, że Harry sam nie był żadnym specjalistą od czułości.
Przez pierwsze jedenaście lat swojego życia nie otrzymał ani jednego pocałunku, ani
jednego przytulenia, ani jednego ciepłego słowa. Wtedy myślał, że tak ma być. Że
nie zasługuje na to. Mógł tylko obserwować, jak ciotka Petunia głaszcze, tuli i całuje
swojego "kochanego Dudziaczka" i zastanawiać się, jakby to było samemu to
poczuć. Ale szybko porzucał takie myśli, uważając, że skoro tego nie dostaje, to
najwyraźniej naprawdę na to nie zasługuje. Dursleyowie zawsze mu to wmawiali. Że
jest do niczego, że nic mu się nie należy. I Harry nawet nie próbował po to sięgać,
wiedząc, że to wszystko nie jest dla niego.
Ale potem znalazł się w Hogwarcie. Miejscu pełnym roześmianych, sympatycznych
ludzi, którzy wmawiali mu z kolei, że zasługuje na wszystko, co najlepsze. I trafił w
ramiona pani Weasley, która pokazała mu, jak to jest czuć się kochanym, jak to jest
czuć bliskość i ciepło. I była też Hermiona, która przytulała go przy każdej możliwej
okazji. I każdy najdrobniejszy gest, który otrzymywał, stawał się dla niego niezwykle
ważny. Stawał się dla niego synonimem przywiązania, czułości i tego niesamowitego
uczucia ciepła w sercu, które rozgrzewało jego wnętrze i wydawało mu się, że płonie
w nim jasne światło, które już nigdy nie pozwoli mu pogrążyć się w samotności. I w
ciemności.
Był całowany, przytulany, głaskany i to było miłe, jednak nigdy nie odczuwał zbytniej
potrzeby odwzajemniania się. Te gesty były dla niego zbyt ważne i chciał je
podarować komuś szczególnemu. A teraz spotkał tę szczególną osobę i nie potrafił
przestać dawać mu tego wszystkiego, czego się nauczył. I także chciał go tego
nauczyć. Przekazać tę "wiedzę" dalej. Chciał, aby Severus również poczuł to ciepło i przywiązanie. I chyba mu się to udawało. Nawet pomimo tego, że sam przecież
nadal niewiele wiedział o... miłości.
Pamiętał, jak czasami wuj Vernon i Dudley wyjeżdżali, aby załatwiać jakieś "męskie
sprawy", które prawdopodobnie polegały na siedzeniu przez pół dnia nad rzeką z
kijem w ręku i czekaniu, aż jakaś głupia ryba nabierze się na to dziwne czerwone coś
pływające jej nad głową. Harry zostawał wtedy z ciotką Petunią, która uwielbiała
oglądać wszelkiego typu argentyńskie i brazylijskie seriale. Czasami z nudów ukrywał
się za drzwiami i próbował oglądać je razem z nią. Zawsze zastanawiał się, dlaczego
ci ludzie zachowują się tak idiotycznie, jak gdyby ich mózgi wyjadły gnębiwtryski,
jakby to powiedziała Luna. Wpatrywali się w siebie przez pół godziny, wzdychając
jeden do drugiego i na przemian po sto razy powtarzając swoje imiona, a ciotka
Petunia pociągała nosem i wycierała oczy chusteczką.
Przez większą część dzieciństwa miłość właśnie tak dla niego wyglądała. Zawsze go
te filmy nudziły i po piętnastu minutach szedł zająć się czymś innym, powtarzając
sobie, że wolałby zjeść wielką ośmiornicę, niż kiedykolwiek tak się zachowywać.
Ale pewnego dnia, kiedy miał dwanaście lat i był na wakacjach u Dursleyów, jego
poglądy zostały błyskawicznie zweryfikowane. Został sam w domu na noc i mógł
oglądać telewizję do woli. I przerzucając kanały, natrafił na coś dziwnego. Zobaczył
mężczyznę i kobietę, całkowicie nagich i robiących jakieś wygibasy. Oboje dyszeli i
poruszali się dziwnie. I pomimo tego, że nie wiedział jeszcze, co to oznacza, poczuł
niezwykłe ciepło w żołądku i dolnych partiach ciała i przez kilka następnych dni
chodził z nieobecnym wyrazem twarzy i obrazem tych ludzi przed oczami, nie
potrafiąc zrozumieć, co się z nim dzieje.
To podobało mu się o wiele bardziej, niż wzdychanie do kogoś i powtarzanie
czyjegoś imienia. Na trzecim roku powiedział o tym Ronowi, ale ten zarumienił się