kilka eliksirów, złorzecząc na uczniów i ich durne zabawy i przysięgając, że musi
poważnie porozmawiać z dyrektorem i poprosić go o ukrócenie takich praktyk, bo w
końcu może dojść do prawdziwej tragedii.
Harry nie mógł powiedzieć, żeby eliksiry za wiele mu pomogły. Głowa nadal mu
pękała i było mu niedobrze, ale przynajmniej przestał się tak pocić i trząść. Pomfrey
chciała zostawić go na noc w skrzydle szpitalnym, ale skłamał, że czuje się już
znacznie lepiej. Wymamrotał podziękowania i wyszedł. Na korytarzu oparł się na
chwilę o ścianę, próbując odegnać tańczące mu przed oczami ciemne plamy i wtedy
to usłyszał... odległe, znajome kroki. Zbliżały się.
W panice wyciągnął z kieszeni pelerynę i zarzucił ją na siebie. Udało mu się to zrobić
w ostatnim momencie. Zza zakrętu wyłonił się Snape. Zbliżał się do niego w długich,
zamaszystych krokach, a peleryna łopotała za nim, kiedy sunął przez korytarz,
utkwiwszy spojrzenie w drzwiach szpitala. I kiedy przechodził obok, Harry'emu
wystarczyło jedno spojrzenie na jego twarz, aby wiedzieć:
Zobaczył wspomnienia!
Nie było już na niej pustki. Wręcz przeciwnie. Emanowała takim wzburzeniem,
jakiego Harry jeszcze nigdy nie widział. Jednak zanim zdążył przyjrzeć się dokładniej,
mężczyzna zniknął za drzwiami szpitala i Harry usłyszał jego podniesiony głos:
- Był tutaj Potter?
- Och, profesorze Snape... muszę z panem poważnie porozmawiać! Tak, był tutaj,
wyszedł dosłownie przed chwilą! Gdyby pan widział, co uczniowie pańskiego domu
mu zrobili! Znowu dosypali mu czegoś do posiłku! Wyglądał wprost okropnie!
Wymiotował i... proszę się do mnie nie odwracać plecami, kiedy do pana mówię!
Profesorze Snape! Profes...
Harry podskoczył, kiedy drzwi otworzyły się z rozmachem i wypadł zza nich Snape.
Rozejrzał się po korytarzu błędnym wzrokiem. Harry mocniej przywarł do ściany,
wstrzymując oddech.
Mężczyzna podszedł o krok w jego stronę. Harry cofnął się nieznacznie, próbując nie
wydać żadnego dźwięku. Przez chwilę Severus przyglądał się ścianie obok miejsca,
w którym stał Harry, a po chwili znowu zbliżył się o krok i jego nozdrza zadrgały.
Harry wpatrywał się w jego zmrużone oczy, uważnie badające przestrzeń i wiedział
tylko jedno: nie chce mieć z nim teraz nic wspólnego. Absolutnie nic. Nie po tym...
Może sobie pójdzie... Może stwierdzi, iż tylko mu się wydawało, że poczuł jego
zapach...
Ale wtedy Harrym targnęły torsje. Przycisnął dłoń do ust, próbując powstrzymać
wymioty, ale i tak wydał z siebie dziwny, bulgoczący odgłos.
Oczy Snape'a rozszerzyły się i przesunął głowę nieco w bok, spoglądając dokładnie
w to miejsce, w którym znajdował się Harry, a wyraz jego twarzy zmienił się. Pojawiło
się na nim coś dziwnego. Coś, co kazało Severusowi zagryźć wargę i zmarszczyć
brwi, jak gdyby walczył z czymś. Jak gdyby walczył ze sobą. Harry wpatrywał się
wprost w jego błyszczące oczy, widząc w nich całą gamę barw i nie mając pojęcia,
skąd się tam wzięły, ponieważ w korytarzu było zbyt ciemno, aby mogło to być
odbijające się światło.
Przez chwilę po prostu stali tak, niczym zawieszeni w czasie, a wtedy Severus
odwrócił wzrok i odsunął się, ruszając w głąb korytarza. Harry wpatrywał się w jego
oddalające się plecy i zastanawiał się...
Co teraz?
***
Kiedy Harry wrócił do Pokoju Wspólnego, znalazł Hermionę i Rona przy kominku.
Ćwiczyli zaklęcia kopiujące. Wyjaśnił im, że tym razem to jemu Ślizgoni wsypali coś
do jedzenia i musiał szybko iść do skrzydła szpitalnego, dlatego tak nagle wybiegł. I
że czuje się paskudnie, bo eliksiry pani Pomfrey były zbyt słabe, aby mu pomóc.
Ignorując wzburzenie Hermiony, która poprzysięgła, że przy najbliższej okazji powie
o wszystkim profesor McGonagall i tym razem Harry jej nie powstrzyma oraz groźby
Rona, że napisze do bliźniaków, aby przysłali mu coś naprawdę wstrętnego i
następnym razem dosypie to wszystkim Ślizgonom do ich soku dyniowego, Harry
wymamrotał, że po prostu chce się położyć i poszedł do dormitorium. Ta krótka
rozmowa wyczerpała wszystkie jego siły i kilka razy był już prawie pewien, że znowu
zwymiotuje. Rzucił się na łóżko, nie mając siły ruszyć nawet palcem i po prostu
pragnąc zasnąć. Przespać to wszystko. A najlepiej spać i spać i nigdy się nie
obudzić. Ale nie był w stanie tego zrobić. Głowa wciąż chciała mu eksplodować,
dręczyły go duszności, miał rewolucje żołądkowe i czuł się tak źle, jak jeszcze nigdy
w całym swoim życiu.
Nagle przez szum w uszach i zawroty głowy do jego umysłu przebił się dziwny
dźwięk. Jakby ktoś stukał w okno. Z trudem uniósł głowę. Na parapecie po drugiej
stronie szyby siedziała mała brązowa sówka.
Jego głowa ponownie opadła na łóżko. Miał nadzieję, że sowa wkrótce odleci. Nie
miał siły, aby wstać i ją wpuszczać. Może to coś do Neville'a...
Stukanie w okno przybrało na sile. Stękając i pojękując, podniósł się z łóżka i
podszedł do okna. Jednak w momencie, kiedy je otworzył, żołądek podskoczył mu do
gardła i zaczął wymiotować na podłogę. Czuł pieczenie w przełyku. To była żółć. Nie
miał już czym wymiotować.
Próbując się nie przewrócić, wyprostował się, wytarł usta i chwiejnie podszedł do