Oderwał się od regału, próbując uciec od tego bólu. Odwrócił się, ściskając głowę
rękami, ale wtedy poczuł na plecach chlaśnięcie. Wrzasnął i poderwał się, uderzając
przez przypadek czołem o regał. Był pewien, że jego czaszka zaraz eksploduje.
Ponowne chlaśnięcie sprawiło, że całe jego ciało napięło się do granic wytrzymałości.
Nie wiedział, co to takiego, ale miał wrażenie, jakby ktoś go biczował. Po trzecim
uderzeniu, jego ciało wygięło się w łuk, a on odwrócił się gwałtownie, ponownie
przyciskając się plecami do regału i na sekundę uchylając powieki. Tylko na tyle, aby
zobaczyć, jak Severus cofa dłoń z różdżką. Nic więcej nie zdołał zobaczyć poprzez
załzawione oczy.
"Proszę..." - wyszeptał jeszcze raz zdrętwiałymi wargami, wysuszonymi od krzyku, którego nikt nie słyszał. Po jego ciele spływała lawa. Każdy najmniejszy ruch był
niczym ocieranie się o nabity igłami koc. Miał ochotę po prostu rzucić się na podłogę
i umrzeć. W głowie wirowało mu tak bardzo, jakby miała mu odpaść. Ściskał ją
pomiędzy rękami, błagając wszystkie duchy, aby to się już skończyło, aby ktoś to
przerwał, aby nie musiał już tak cierpieć. Nie miał pojęcia, gdzie się znajduje, ale tak właśnie wyobrażał sobie piekło. Każdy ruch rozdzierał mu skórę, a każde uderzenie
serca dudniło w jego ciele bolesnym echem. Pleców w ogóle już nie czuł. Tak samo
stóp. Powoli nadchodziło odrętwienie.
Na szczęście razem z nim nadpływała także ulga. Ból ustępował, kawałek po
kawałku wypuszczając ze swoich szponów kolejne partie ciała, pozostawiając jedynie
drżące od nadmiernego wysiłku mięśnie. Pot spływał mu strumieniami po czole i
plecach, a serce waliło jak oszalałe. Nogi trzęsły się pod nim tak bardzo, iż był
przekonany, że jeżeli spróbuje zrobić choćby krok, to upadnie. Głowa pulsowała
boleśnie i wydawało mu się, że zaraz coś ją rozerwie. I na dodatek było mu
niedobrze.
Bardzo powoli otworzył oczy. Światło już nie bolało. Bolał za to widok Severusa.
Siedzącego wygodnie w fotelu z założoną nogą i obserwującego go spod
wpółprzymkniętych powiek. Na jego twarzy nie było nawet cienia uczucia. Harry
spodziewałby się satysfakcji. Zadowolenia. Czegokolwiek. Ale nie było absolutnie
niczego.
Tak samo, jak w nim.
Był tak oszołomiony, że przez kilka chwil po prostu stał i wodził pustym wzrokiem po
pomieszczeniu. Spojrzał w bok i zobaczył stojącą w samym rogu pomieszczenia
myślodsiewnię.
I w ułamku sekundy przyszło mu do głowy rozwiązanie.
Oderwał się od regału i zrobił krok w tamtą stronę, ale nogi ugięły się pod nim i upadł
na podłogę. Podniósł się na kolana i przez chwilę oddychał ciężko z głową ukrytą w
ramionach, próbując zebrać w sobie chociaż odrobinę siły. Miał wrażenie, że
wszystkie mięśnie w jego ciele popękały z wysiłku. Po chwili westchnął ciężko i
podniósł się z trudem. Na uginających się nogach ruszył w stronę myślodsiewni. Czuł
na sobie śledzące go ciemne spojrzenie. Oparł się rękami o krawędź misy i sięgnął
po różdżkę.
Jeszcze nigdy tego nie robił, ale widział, jak używali jej Dumbledore oraz Snape i nie
wydawało się to zbyt trudne.
Przyłożył różdżkę do skroni i zaczął sobie przypominać. Cały wczorajszy i
przedwczorajszy dzień. Wyjście z Ronem i Ginny, prośbę Hermiony, znudzenie
podczas imprezy, pójście do Snape'a, wpadnięcie na Ginny, schowek...
Kiedy był pewien, że pomyślał już o wszystkim, odciągnął różdżkę od skroni i
strząsnął srebrnobiałą mgiełkę do misy. Spojrzał w wirującą substancję i zacisnął
usta.
Schował różdżkę do kieszeni, powoli odwrócił się od myślodsiewni i ruszył w kierunku
drzwi, nawet na chwilę nie spoglądając na mroczną sylwetkę Snape'a. Z
największym trudem pochylił się i podniósł z podłogi swoją pelerynę. Kiedy znalazł
się przy drzwiach i dotknął klamki, zawahał się na moment.
Nie wiedział, na co czeka. Ale czekał. Na cokolwiek.
Kiedy jednak nic się nie wydarzyło, powietrza nie przecięło żadne słowo, nawet jeden
szelest, nacisnął na klamkę i wyszedł.
Nie wiedział, co ma robić. Nie wiedział, gdzie iść, poza tym, że głowa pulsowała mu
tak bardzo, że nie mógł już wytrzymać i z każdym krokiem robiło mu się coraz
bardziej niedobrze.
Zarzucił na siebie pelerynę niewidkę i szedł przed siebie, powłócząc nogami. Nie
chciał o niczym myśleć. Nie chciał przypominać sobie tego cierpienia, ani wzroku
Severusa... Ponieważ sam nie wiedział, co było dla niego większą męką.
Na pierwszym piętrze zrobiło mu się już tak niedobrze, że wpadł do pierwszej z
brzegu łazienki i zwymiotował do umywalki. Czuł nieznośne uderzenia gorąca, które
opanowywały całe jego ciało. Pot znowu zaczął spływać mu po ciele grubymi
kroplami. Cały się trząsł.
Musi iść do skrzydła szpitalnego. Nie... nie wytrzyma tego.
Opłukał twarz zimną wodą i wyszedł z łazienki, kierując się prosto do skrzydła
szpitalnego. Kiedy w końcu tam dotarł, był już tak spocony, że ubranie lepiło się do
niego. Na migi pokazał pielęgniarce, że nie może mówić i kiedy rzuciła na niego
Finite Incantatem, wymamrotał coś o tym, że podczas kolacji ktoś musiał mu dodać
czegoś do posiłku, po czym zwymiotował jej pod nogi. Pielęgniarka wlała w niego