— Taka jest natura rzeczywistości. Tylko głupcy gniewają się, że Słońce wschodzi na wschodzie, zachodzi na zachodzie. Skąd wziąć moc do zmiany obcej Formy, która osiągnęła już entelechię i cała jej potencja została zrealizowana? Keromaton musi czynić Substancje na nowo niespełnionymi, młodymi, podatnymi na formowanie. A co w największej części jest właśnie gorącą potencjalnością? Nasiona roślin. Jeszcze bardziej — jajka. Jeszcze bardziej — szczenięta. Jeszcze bardziej — płody zwierzęce i ludzkie, niemowlęta, dzieci doulosów. Jeszcze bardziej — dzieci aristokratów.
— Powinni byli was końmi rozerwać.
— Naprawdę sądzisz, esthlos, że Vaika wyklęto z powodu tych niemowląt, a nie dlatego, że keromaton to makina wolnej demokracji?
— Co ma polityka do sprawiedliwości? Zabijaliście.
— Ilu ludzi ty zabiłeś, esthlos? I w imię czego?
— W swoim imieniu, w swoim.
Atena zacisnęła wargi. Gdy odwracała głowę, pan Berbelek pochwycił jej ostry profil, linię twarzy podkreśloną wieczornym cieniem. Dwadzieścia lat temu — dwadzieścia lat temu była piękną kobietą, naiwni głupcy klękali przed jej formą, ciepłym dotknięciem błogosławiła młodych mekaników śmierci. Któż by się oparł namacalnej idei dobra?
Na ulicy nadbrzeżnej — to znaczy na deptaku rozciągającym się między najstarszą zabudową żydowskiej dzielnicy, murami Pierwszej Alexandrii i wymorfowanym do wysokiego klifu brzegiem morza — przeprowadzano jeszcze kilka publicznych licytacji, tłum nie rozszedł się do końca. Pan Berbelek rozbijał ryktą ciżbę, otwierając Atenie wolne przejście. Złodzieje i naganiacze omijali ich z daleka, nachalnemu ulicznikowi wybił ryktą oko. Z północnego zachodu, od Króla Burz, szedł mocny wiatr o zapachu morskiej zgnilizny, furkotały w nim szaty przechodniów, zasłony i moskitiery w otwartych oknach, płótna straganów, sztandary wywieszone na starożytnych fortyfikacjach. Przednocne lamenty mew i halbatrosów niosły się nad północną Alexandrią.
Atena Ratszut zatrzymała się przed bramą skrytego w cieniu murów, starego budynku przypominającego kwadratową basztę. Budynek w istocie był wyższy od murów, ostatnia kondygnacja wysuwała się ponad ich szczyt — ale ostatniej kondygnacji właściwie nie było widać z poziomu ulicy, baszta przewieszała się nad krawędzią klifu, wychylała nad podnoszone przez oroneiowy wiatr fale. Na pierwszy rzut oka dwa najwyższe piętra sprawiały wrażenie niedawno dobudowanych do zabytkowej konstrukcji, wyraźnie je odróżniała nabuchodonozorowa architektura.
Atena szarpnęła za dzwonek, raz i drugi. Pojawił się muskularny niewolnik. Poznał Atenę. Poprowadził ich bez słowa przez hol, po schodach i ciasnym korytarzem do bezokiennego przedsionka na trzecim piętrze — na chwilę zniknął za bordową kurtyną, by wrócić i z ukłonem wpuścić Ratszut do środka. Pan Berbelek czekał w milczeniu. Zsunął kaptur, sięgnął zawieszonego na piersi amuletu, błyszczącej rurki wypełnionej białą masą, przytknął ją na moment do nosa. Doulos stał w bezruchu, twarz miał jak ze starego mosiądzu. Pan Berbelek rozprostowywał ryktą fałdy kolorowego kobierca pod stopami. Dom był urządzony bardzo bogato, nawet lampy pyrokijne przymocowano do ścian na srebrnych rzeźbieniach.
Atena wyłoniła się zza zasłony.
— Wejdź, esthlos. Masz czas do północy. Wyświadcza mi przysługę, nie naciskaj.
Nie spojrzawszy więcej na Hieronima, ruszyła szybkim krokiem ku schodom.