Matka wypracowywała w sobie nawyk piękna. Nie pozwalała sobie ani na chwilę zaniedbania. Nawet gdy nie wybierała się nigdzie z oficjalną wizytą, na żadne przyjęcie czy bal, ani też sama nie przyjmowała gości — nie odstępowała ani na tuk od z góry zaplanowanego wyobrażenia siebie. Jej piękno niekiedy wręcz przytłaczało. Abel nigdy do końca nie zwalczył w sobie owego nabożnego onieśmielenia, z jakim wchodził w dzieciństwie do jej pokoi. Sypialnia, garderoba, izba łaziebna, gabinet — tu jej anthos wżarł się najgłębiej. Powietrze przesycała zawsze charakterystyczna mieszanina woni drażniących i mdlących, duszna zawiesina zapachów egzotycznych perfum oraz kwiatów przepełniających wazy okienne. Światło miało tu inną barwę, bardziej miękką, ciemniejszą. Dźwięki natychmiast ginęły, wytłumiane. Nie istniały tu kąty proste ani ostre krawędzie. Wszystkie przedmioty albo okazywały się w istocie delikatnymi złożeniami wielu mniejszych elementów, albo same już na dobre rozpadły się na tysiąc drobnych bibelotów, a w każdym razie znajdowały się w trakcie tego procesu, rozfrędzlone, rozczłonkowane, zagubione we własnych ornamentach. Matka wyłaniała się spośród nich w szeleście koronkowych sukien, poprzedzana rozmytą poświatą od ich jaskrawych kolorów i odurzającym zapachem swych perfum, czarnowłosa królowa, kratista jego serca. Cóż mógł począć w obliczu takiej Formy?

Nie wierzył, że udało mu się do czegokolwiek nakłonić matkę. Ojciec się myli — ona od początku musiała się nosić z myślą o wysłaniu ich do Vodenburga. Co prawda, nie przychodziło mu łatwo odczytywanie jej zamiarów, nigdy ich z nim nie dyskutowała (może czyniła to z Aliteą?), przyzwyczaił się do zaskoczeń. Zarządzała ich życiem z aksamitnym despotyzmem. Tak samo było w ostatnich dniach przed wyjazdem — matki i ich. Nagle w domu zaczęło się pojawiać wielu nigdy wcześniej nie widzianych przez Abla ludzi, o dziwnych porach, w dziwnych ubiorach, pod dziwną morfą — strachu, gniewu, nienawiści, rozpaczy. Widywał ich przez uchylane drzwi, w zwierciadlanych odbiciach zza załomu korytarza, jak przemykali szybko do i z pokoi matki, czasami nawet bez towarzystwa służącej. Alitea uważała, że byli to posłańcy, że matka powierzała im jakieś sekretne listy. Czasami jednak także coś więcej: udało mu się podejrzeć biednie ubraną kobietę oraz starego Babilończyka (poznał jego pochodzenie po brodzie i sześciu palcach u dłoni), jak wychodzili z gabinetu matki, ściskając w rękach ciężkie, podłużne pakunki. Następnego dnia Abel usłyszał w gymnazjum plotki, iż urgrabia został tak naprawdę zamordowany, że wszystko to była intryga cudzoziemskich aristokratów. Gdy wrócił do domu, matka już się pakowała. Alitea siedziała na schodach i gryzła palce. — Mówi, że ją aresztują. Mówi, że musi uciekać. My też. Ale nie razem z nią. Odeśle nas. — Dokąd? — Daleko stąd. — Wtedy Abel pomyślał o Hieronimie Berbeleku w neurskim Vodenburgu, to było jak objawienie: okazja! ojciec-strategos! jestem przecież synem legendy! Matka wysłuchiwała jego argumentów, jęków i krzyków, nie przerywając pakowania, skrobiąc coś przy sekretarzyku i ponaglając służbę. Na koniec stwierdziła, że porozmawiają o tym jutro. Pocałowała go w czoło i wypchnęła za drzwi. Rankiem okazało się, że odjechała w nocy, zabierając jedynie dwie torby, nawet nie powozem, lecz na koniu z luzakiem. Bagaże Abla i Alitei zostały już załadowane na rzeczną barkę. Czekał na nich krótki list. Pojedziecie do Vodenburga, ojciec się wami zajmie. Dom został już sprzedany, pieniądze rozdysponowano. Pojechali.

Czy więc istotnie podsunął matce myśl, na którą inaczej by nie wpadła? Czy ją tymi swoimi godzinnymi lamentacjami do czegokolwiek nakłonił? Tak czy owak, nie było w tym żadnej subtelności, jaką Hieronim przypisywał poczynaniom Abla. Jedynie dziecinny upór. Pamiętał, że bardzo się pilnował, by nie wyjawić swych prawdziwych motywów — i tak ośmieszył się we własnych oczach. W zderzeniu z jej Formą, w matczynym anthosie — zawsze będzie dzieckiem, nikim więcej. Jak ojciec mógł tego nie wiedzieć?

Pozwolę mu myśleć, że zdołałem nagiąć matkę do swej woli — ale to nieprawda, nieprawda.

— W osiemdziesiątym siódmym wybuchł tu wielki pożar — ciągnął Anton — cała dzielnica spłonęła do nagiej ziemi, wtedy jeszcze budowali głównie z drewna. W Starym Mieście niczego już nie da się zmienić, lecz w nowych kwartałach książę zarządził większe odstępy między budynkami, minimalną szerokość ulic, zakaz otwartego ognia w osiedlach biedoty, chociaż tego oczywiście nikt nie przestrzega. Były wtedy zamieszki pod hutami, poszła plotka, że to któryś z demiurgosów Ognia miał tu izmaelicką kobietę i, rozumiecie, tej nocy nazbyt się napalił, he, he, he. Znowuż w osiemdziesiątym dziewiątym… No nie, bardzo proszę nie dawać im żadnych pieniędzy, a to zaraza!

Перейти на страницу:

Похожие книги